Na początku tego wpisu chciałem złożyć hołd i szczere wyrazy podziwu dzielnym ludziom, którzy podjęli się przetłumaczenia "Ogólnej teorii ..." Keynesa z angielskiego na język polski. Drogi Czytelnik musi bowiem wiedzieć, że o ile prace Marksa są niezwykłe objętościowo i pasjonujące jak para trampek, to prace Keynesa są absolutnie wyjątkowe pod względem języka.
J.M. Keynes był angielskim filozofem, któremu ktoś kiedyś zaproponował katedrę ekonomii w Cambridge. Rezolutny John był człowiekiem bardzo ambitnym i strasznie chciał wymyśleć coś nowego i nadać temu swoje imię. Niestety, nauka ekonomii była mało odkrywcza i z reguły polegała na cierpliwym tłumaczeniu, dlaczego NIE powinno się ingerować w wolny rynek. W tych czasach w ekonomii nie było już zbyt wielu pokrytych czapą wiecznego śniegu intelektualnych szczytów do zdobycia. A przynajmniej nie takich, by zaspokoić ambicje lorda Keynesa. No bo przypatrzmy się stwierdzeniu: "Mises udoskonalił teorię kredytu"? Nijak. Więc Keynes postanowił postawić wszystko na głowie. Nagle napisał, że czarne jest białe a zielone jest czerwone.
Ktoś zapyta, a co to, taka nowa jakość ? Nie było heretyków w ekonomii przed Keynesem ?
Owszem, byli. Ale żaden nie był tak szczwany jak JMK, który pisał w języku kejnsyjskim. Oto próbka języka kejnsyjskiego:
"Ludzie są bezrobotni nie z własnej woli, jeżeli - w wypadku niewielkiej zwyżki cen atykułów konsumpcji robotniczej w porównaniu z płacą nominalną - zarówno łączna podaż siły roboczej gotowej do podjęcia pracy za wynagrodzenie według bieżących stawek płac nominalnych, jak i łaczny popyt na nią przy tych stawkach byłby większy od istniejącego poziomu zatrudnienia"
Po kilkukrotnym przeczytaniu wiemy mniej więcej, o co chodzi. Przy czym niech Drogi Czytelnik nie uważa, że jest to kwiatek. Ot, na chybił-trafił fragment z Ogólnej Teorii, która jest takim językiem po prostu napisana. 700 stron. Jest nad czym sobie łamać głowę, toteż koledzy ekonomiści z Cambridge po prostu machnęli na to ręką i dali sobie spokój zarówno z lekturą, jak i z polemiką. Tymczasem, co tu dużo gadać, młodzież akademicka, oczarowana osobowością czarującego JMK, jakże innego od łysiejących naftalinowych dziadków ekonomii po prostu rzuciła się na jego prace, zaczytując się tą cegłą przy drgającym płomyku świecy w burzliwe noce. Przebrnąwszy kilkadziesiąt stron w kejnsyjskim nikt już nie ma siły dociekać licznych sprzeczności, zawartych w teorii Keynesa, które zapewne naftalinowy dziadek ekonomii klasycznej by wychwycił. Jeśli coś jest nowe i w dodatku wykłada się to na Cambridge, to musi być zaje-fajne.
Równolegle z Keynsem żył sobie w Polsce sanacyjnej ekonomista Kalecki, który pisał mniej więcej to samo, tylko że wcześniej. Nasi rodzimi, współcześni ekonomiści nie mogą się Kaleckiego nażałować: wszak jest jak ten facet, który wymyślił kino przed braćmi Lumierre ale miał pecha mieszkać w Polsce. Tymczasem na biednego Kaleckiego nikt uwagi nie zwrócił, bo dyrdymały pisane w Polsce to nie dyrdymały pisane w Cambridge.
Czemu o tym piszę ? Cóż, pewnego dnia otrzymałem z zaprzyjaźnionego źródła pewien artykuł mówiący o tym, jak to dzięki popytowi wewnętrznemu wzrasta w Polsce PKB. I dzięki temu, że "Polacy nie uwierzyli w kryzys" i "podtrzymują popyt" który "napędza gospodarkę", "PKB rośnie" To wszystko bardzo ładne, ale jeśli przełożyć to z kejnsyjskiego na polski, to zabrzmi to mniej więcej tak: "chociaż wszędzie wokół się wali, Polacy uwierzyli rządowym propagandystom i nie szykują się na ciężkie czasy, które nieuchronnie nadejdą", "nazaciągali kredytów i wydają oszczędności", "kupują różne niepotrzebne rzeczy", ale nie martwmy się, bo dzięki temu "jakiśtam wskaźnik, wymyślony na kolanie dla ułatwienia obliczeń leniwym statystykom, nieoznaczający przecież nic konkretnego wykaże lekkie drganie in plus".
Z każdego artykułu ekonomicznego takie kwiatki możnaby pasjami wycinać, ale cóż począć, skoro kejnsyjski się rozlał pośród dziennikarzy i innych ludzi pióra ? Nie byłoby w tym nic złego, gdyby pamiętali oni, że zapożyczają słowa z języka obcego. A ktokolwiek uczył się innych języków słowiańskich wie, że istnieje tam coś takiego jak "fałszywi przyjaciele": słowa, które podobne są fonetycznie do słów polskich, ale znaczeniowo totalnie odmienne. A kto tego nie wie, ten zawsze da się nabrać i będzie zaczepiał czeskich przechodniów mówiąc, że szuka szczotki.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)