Wczoraj wieczorkiem miałem okazję, bo nie powiem, że przyjemność oglądnąć film „Pianistka” nakręcony w/g powieści pod tym samym tytułem autorstwa Elfriedy Jelinek, wielce kontrowersyjnej noblistki z 2004 roku. Film jak film, niczego sobie. Ale jego przesłanie, świetliste jak krecia nora i optymistyczne jak w listopadową szarugę spacer po cmentarzu, może służyć jako narzędzie do wpędzenia w melancholię największego nawet optymistę. Czego tam nie było. Była patologiczna, zaborcza matczyna miłość do córki. Była córka, czterdziestoletnia kobieta, o wypaczonej przez matkę psychice, rozdziewiczająca się sama przy pomocy żyletki w łazience. Seks był znany jej tylko z wizyt w videokabinach pornoshopu, podglądania kochających się par w kinie samochodowym i sikającej po nogach z niezaspokojonej żądzy. Perwersja pornografii z braku innych wzorców stała się dla niej normą Był zakochany w niej młodzian, o normalnych odruchach, którego sprowadzono w finale do roli zwykłego samca onanizującego się po jej oknem i potem bijącego i gwałcącego. Był też, co prawda tylko w dalekim tle, ojciec przebywający w szpitalu dla umysłowo chorych. Była też neurotyczna uczennica, jak gdyby retrospektywa głównej bohaterki, której chora ambicja matki ograniczyła świat tylko do fortepianu. Była zawiść nauczycielki eliminująca uczennicę z udziału w koncercie i zazdrość kobiety o to, że jej „ukochany” okazał odrobinę współczucia gnębionej psychicznie uczennicy. Ta zazdrość i zawiść, każe bohaterce okaleczyć z zimną krwią dziewczynę, nie przejmując się wcale tym, że może to zrujnować pianistyczną karierę dziewczyny, mimo iż wie, że dla tej dziewczyny gra to cały jej świat, który jej został. Był moment kazirodczej miłości córki do matki. W zasadzie prawie żadnego normalnego ludzkiego odruchu czy normalnego człowieka na pierwszym planie. Ta cała Jelinek musi mieć nielicho zwichrowaną psychikę żeby tak widzieć świat. Ponoć w tej książce jest kawałek jej własnego życia. Nie zazdroszczę. Według mnie ten film powinno oglądnąć wiele matek i wielu ojców. Być może wtedy na świecie było by dużo mniej ludzi, którym matka czy ojciec w imię chorej miłości rodzicielskiej, czy niespełnionych ambicji własnych, zrujnowali życie okaleczając psychicznie. No, ale z czego by wtedy żyli psychiatrzy, psychoterapeuci czy też wytwórcy mniej lub bardziej działających antydepresantów czy innych cudownych środków mających zawieść nas do oazy spokoju i szczęśliwości życiowej.
165
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze