Lobo
Lobo
kojotto kojotto
702
BLOG

Tańczący z wilkami...

kojotto kojotto Rozmaitości Obserwuj notkę 1

            Jak kogoś pan Bóg chce pokarać to mu rozum odbiera.  I mnie to spotkało. Dziesięć lat  lat temu  wpadł do mnie znajomy weterynarz.

            -Kobita przyniosła do uśpienia cztery szczeniaki, wilczki. Weź choć jednego.

            - Przecież ja mam już wilka

                   -Twój już jest stary, długo nie pociągnie. Będziesz miał następcę. A z tych          będzie pociecha.  Są czterotygodniowe a już widać, że mają charakter.

 

            Dobrze mnie trafił, dokładnie w słabiznę. Wiedział że mam słabość do owczarków niemieckich. Wzięło się to z wczesnego dzieciństwa. Moją nianią była suka Diana , owczarek niemiecki. Nieraz zdarzyło mi się zdrzemnąć w jej budzie. Jak matka dała kanapkę to  pogryzaliśmy ją na zmianę. Oczywiście kanapkę, nie matkę. Jak leżałem chory, Diana warowała przy moim łóżku i nie odstępowała na krok. Aż którejś nocy zdarzyła się tragedia. Na podwórko wtoczył się jakiś pijane człowiek. Wiele psów ma to do siebie, że zapach alkoholu wywołuje u skądinąd spokojnych osobników dziką agresję. To co z pijaka zostało nadawało się już tylko do zapakowania w blaszane pudło. Na drugi dzień dziadek w asyście milicjanta poszedł gdzieś z Dianą. Wrócił już sam, bez niej  Ciężko to odchorowałem. Potrafiłem godzinami siedzieć w pustej psiej budzie i czekać na powrót Diany. Ale Diana już nie wróciła. Przez długie lata nie chciałem mieć żadnego psa.  Potem była  suczka Aza.  Paromiesięczny szczeniak przybłąkał się zimą na podwórko bloku w którym mieszkaliśmy. Starszy syn w tajemnicy podkarmiał ją swoimi drugimi śniadaniami i wreszcie suczka zdecydowała się pójść za nim do mieszkania. I została już z nami. Przeżyła z nami dziesięć lat. Historia się w pewnym sensie powtórzyła. Jak się urodził młodszy syn Aza go od początku potraktowała jak swego szczeniaka. Stała się  nianią młodszego syna.  Nie był to czystej rasy owczarek niemiecki ale nam to w ogóle nie przeszkadzało. Parę miesięcy później wyjaśniło się skąd się wzięła Aza zimą na podwórku.  Mieszkający po sąsiedzku ludzie kupili szczeniaka jako rasowego owczarka niemieckiego. Jak się okazał nie za bardzo rasowy to go bez pardonu wyrzucili zimą z domu.  Potem był Ares, ładny owczarek niemiecki, kupiony przypadkiem na placu targowym. Siedział przy swoim właścicielu z miną która mówiła „zabierzcie mnie od tego człowieka”. No i zabraliśmy go. Poszedł z nami i nawet nie oglądnął się za swoim dotychczasowym panem.  Miał wspaniały zrównoważony charakter. Ale miał jedną słabość. Kochał polować. Kot pokazał mu jak się przełazi przez płot więc od czasu do czasu zubażał naszego dalszego sąsiada o jedną kurę.  Raz przyuważył pasącą się na pobliskiej łące kozę tegoż sąsiada. Na szczęście zdążyłem w porę z interwencją. Koza przeżyła. Było to akurat w dniu w którym wybieraliśmy się na imieniny do mojego szwagra. Na imprezie piliśmy na zmianę, to zdrowie szwagra, to zdrowie kozy. 

              Następnego dnia po rozmowie ze znajomym weterynarze poszedłem po szczeniaka. Trzy szaroczarne kulki moczyły nosy w misce z mlekiem a czwarty stał czterema łapami w misce i rządził. I wziąłem tego czwartego. Co mnie podkusiło, nie wiem. Już w samochodzie dal popis swoich możliwości wokalnych. Jechał w kocim transporterze i cholernie mu się to nie podobało. W domu od razu zabrał się za kota. Kot siedział jak głupi  i tylko patrzył  to jak to to lata dookoła niego i obpiskuje go, bo do obszczekiwaniu tych odgłosów zaliczyć się nie dało. W końcu przywalił miękką łapą klapsa smarkaczowi i wyniósł się z domu. Było  pięć minut spokoju dopóki nie zauważył starego wilka. I zaczęło się. Stare wilczysko zaczęło mu  robić za zjeżdżalnię, trampolinę, wierzchowca, obiekt polowania, tester zębów mlecznych, poduszkę i bóg wie za co jeszcze. Podziwiałem jego cierpliwość bo szczeniak był niezmordowany . Czasami tylko kiedy już naprawdę przebrała się miarka kłapnął ostrzegawczo zębami smarkaczowi przed nosem . Mały przysiadał zdziwiony ale po chwili wracał do dawnych zajęć. Starszy syn nadał mu imię Lobo. Życiową pasją i misją Loba było stróżowanie. Niezmordowanie całymi dniami krążył wzdłuż ogrodzenia i pilnował. Trawnik za domem zamienił się w poligon czołgowy. Trzy razy usiłowałem odbudować go i dałem sobie spokój. Lobo był nie do pokonania. Nawet jak wyszliśmy na spacer to po chwili wracał bo przecież zostawił dom bez dozoru. Mucha nie miała prawa bez jego wiedzy przelecieć po jego włościach. Za to zaprzyjaźnił z dwoma parami srok mającymi swoje gniazda na naszej lipie. Paradowały mu pół metra przed nosem i wyjadały psie chrupki z jego michy a on leżał spokojnie i nie reagował. Pożył osiem lat. Zdrowie zmarnowali mu złodzieje którzy przed okradzeniem pobliskiej budowy usiłowali go otruć żeby nie podniósł rabanu jak oni będą wynosić swoje zdobycze . A musieli przejść z nimi z tyłu za naszym garażem. O jeszcze jednym muszę wspomnieć. O szczególnej więzi jaka łączyła Loba z naszym kotem Bonusem. Można powiedzieć, że była to szorska męska przyjaźń. Bonus był dobrze znany wszystkim okolicznym psom. Omijały go szerokim łukiem bo niejeden z nich przekonał się, że zadzieranie z Bonusem nie wyszło mu na zdrowie. Bonus potrafił zaatakować owczarka kaukaskiego który przez płot obszczekiwał i szczerzył kły do  Loba. Właściciel kaukaza powiedział potem, że jakby tego na własne oczy nie widział, to nigdy by w coś takiego nie uwierzył. A Lobo kiedy Bonus po jakiejś kociej potyczce wrócił do domu z raną na łbie pracowicie wylizywał mu tę ranę. Leczył kumpla.

             Odszedł Lobo.  Powiedziałem sobie – koniec z wilkami, wystarczy mi już tych pożegnań.  Tak samo jak po odejściu Aresa tak samo po odejściu Loba przez jakiś czas wychodząc z domu zdawało mi się że widzę je. Ale to nie oczy widziały. To widziała pamięć.  I dlatego nie chciałem już mieć następcy Loba.  Ale Światłość Moich Oczu widząc mój mydlany wzrok na widok napotkanego Onka ( czyli w skrócie owczarka niemieckiego ) postanowiła skrócić mą tęsknotę. I na imieniny dostałem od niej w prezencie Fuksa, długowłosego czteromiesięcznego Onka. Właściwie to on się nazywał Fulz i z papierów był niemieckim arystokratą z udokumentowanym pochodzeniem do piątego pokolenia wstecz. Ale jakże by to „ w kuchni przy dziecku po niemiecku” jak onegdaj śpiewał  Rosiewicz.  Więc Fulz został przechrzczony na  Fuksa. Pretensji nie wnosił. I tak mamy  czterdzieści kilo kudłatej radości na czterech łapach. Za to Fidel, miniaturowy sznaucer i oczko w głowie Światłości Moich Oczu ma teraz straszny problem. Jak upilnować siedem piłek i parę gryzaków których do tej pory był wyłącznym właścicielem a teraz musi się tymi skarbami podzielić z Fuksem. Co zabierze Fuksowi swoją piłkę to ten natychmiast podbiera mu następną. I tak dookoła Wojtek przez cały dzień. A już niezapomnianym widokiem jest kiedy Fidel łapie drugi koniec kawałka liny którą Fuks trzyma w pysku i usiłuje mu ją zabrać. No, ale Fidel to waga papierowa, Fuks waga ciężka. Więc ciągnie Fuks po podłodze przyczepionego do drugiego końca liny, rozpłaszczonego jak żaba warczącego z bezsilnej wściekłości Fidela dookoła stołu. Ale trzeba Fidelowi przyznać, ambitny to on jest. Nie odpuszcza. Zresztą ani jeden ani drugi. Z tym, że Fuks podchodzi do tego sportowo a Fidel ambicjonalnie.  Potrzebna jest interwencja instancji zwierzchniej. Właśnie w tej chwili ten niemiecki arystokrata leży pod moim biurkiem i pracowicie ogryza mojego kapcia. I aż posapuje z zadowolenia. Zero arystokratycznych manier. Porostu szczęśliwy kundel…. 

Zobacz galerię zdjęć:

Od prawej: Felek, Bonus i Fidel
Od prawej: Felek, Bonus i Fidel Fuks
kojotto
O mnie kojotto

jeszcze nie odmóżdżony

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości