WZZW
nasza strona jest dokładnie tym, czym w latach 70' był „Robotnik Wybrzeża”. Drogą docierania do prawdy i prowokowania dyskusji. Nie rezygnujemy z możliwości wypowiadania własnych opinii. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zobowiązani to świadectwo przekazywać.
0 obserwujących
19 notek
44k odsłony
  3926   0

JERZY BOROWCZAK – FUNKCJONARIUSZ KŁAMSTWA

Opisując ten swój wyjazd, obok zachwytów nad finansową atrakcyjnością tej fuchy, przywołuje on takie oto wspomnienie: „Jak byłem w wojsku, pojechałem na bliski wschód i poznałem tam oficerów z niebieskich beretów z Gdańska, którzy opowiadali o grudniu 1970 roku, że Skotami jeździli po ulicach, mając przed sobą stoczniowców. Wtedy podjąłem decyzję, że po wyjściu z wojska pojadę do Stoczni Gdańskiej”.

Zanim odniosę się do końcowej deklaracji Borowczaka, muszę zwrócić uwagę na bardzo zastanawiający i bardzo wymowny język jaki używa on do opisania działań swoich oficerów w wydarzeniach grudnia 1970. Przypomnę więc, że Skoty były wojskowymi pojazdami opancerzonymi używanymi miedzy innymi do ulicznych walk przeciwko demonstrującym robotnikom. Wielu z nas pamięta te pojazdy z czasu późniejszego stanu wojennego. Wspomniani oficerowie w komunistycznej armii byli żołnierzami zawodowymi. To co Borowczak w swej arogancji określa jako „jeździli po ulicach, mając przed sobą stoczniowców” oznacza nic innego jak to, że byli załogą opancerzonych pojazdów tłumiących robotniczy protest. Jest zupełnie prawdopodobne, że mogli wówczas do tychże robotników strzelać i że mają na swych rękach ich krew. Dla Borowczaka jest to jednak zwykłe „jeżdżenie po ulicach”, zupełnie tak jak rodzinne zwiedzanie Gdańska, świeżo umytym „maluchem”. Jeżeli dorzucimy do tego końcowe słowa tego stwierdzenia: „…mając przed sobą stoczniowców” to obraz w naszych oczach zmienia się zasadniczo.

Zaledwie kilka dni po tych wynurzeniach nasz „bohater” udzielił innego wywiadu, w którym w swej bezrozumności przechodzi samego siebie pisząc: „To właśnie w Egipcie od lekarzy i podoficerów po raz pierwszy usłyszałem o Wolnych Związkach Zawodowych w Stoczni Gdańskiej. I wtedy podjąłem decyzję, że po wyjściu z wojska pojadę do Stoczni Gdańskiej”. Myślę że jest to jeden z największych przykładów nie tylko głupoty, ale przede wszystkim obrazy inteligencji Polaków. Borowczak każe nam wierzyć, że wyselekcjonowani wojskowi lekarze i oficerowie komunistycznej armii, ci sami którzy w grudniu ’70 „jeździli Skotami, mając przed sobą stoczniowców”, biegali teraz do poborowego Jerzego Borowczaka, aby go poinformować o istnieniu gdańskiej opozycji(?!) To wyznanie przekracza wszelkie granice obłąkania. Można by oczywiście zadać kilka dodatkowych pytań, jak choćby – dlaczego mowa jest o WZZach w Stoczni Gdańskiej, skoro ta grupa nie była w żadnym wypadku organizacją stoczniową?  Skąd też zawodowi komunistyczni żołnierze mieliby wiedzieć co dzieje się w Stoczni Gdańskiej? Myślę jednak, że wchodzenie w takie szczegóły nie ma większego sensu.

Wydaje się jednak bardzo interesującym wyznanie, że decyzję o zatrudnieniu w stoczni i rzekomym zamiarze dotarcia do WZZów, podjął on właśnie wówczas w otoczeniu tychże komunistycznych oficerów wojskowych. W tej sytuacji szczególnej wymowy nabiera pewna informacja zawarta w książce byłego szefa bezpieki jak również służb wojskowych gen.Kiszczaka. W książce pod tytułem  „General Kiszczak mówi… prawie wszystko” wydanej w 1991 roku, znajdujemy ciekawą informację: „ Powód dla którego międzynarodowe misje pokojowe podlegały akurat wywiadowi jest jasny. Mówi jeden z szefów – jednostki 2000 – gen. Olgierd Darzynkiewicz: – Każdy żołnierz, który przebywał za granicą musiał coś tam dla wywiadu zrobić (!)”.
Zwracam uwagę na słowa „każdy” i „musiał”. Myślę że Jerzy Borowczak, powinien wszelkie opowieści adresowane do Polaków, rozpocząć od wyjaśnienia co on sam dla tego wywiadu zrobił i czy pojawienie się w stoczni, czy w pobliżu Borusewicza, a w konsekwencji na sierpniowym strajku, nastąpiło w ramach tej działalności? Takie pytanie wydaje się przecież całkowicie zasadne.

Dalsze opowieści naszego „bohatera” są tak samo „spójne”. I tak po wcześniejszych zapewnieniach, że o Wolnych Związkach dowiedział się w dalekim Egipcie już w innym wywiadzie stwierdza, że – o WZZW dowiedział się z ulotki otrzymanej w trójmiejskiej kolejce w 1979 roku.
Po powrocie z wojska zatrudnił się co prawda w Stoczni Gdańskiej, ale na działaczy WZZów jakoś tam nie trafił.  Mimo tego, że byli tam: Anna Walentynowicz, Andrzej Kołodziej, Andrzej Bulc, Kazimierz Szołoch, Bogdan Felski, Ludwik Prądzyński i kilku innych.
Swoje doświadczenie ze wspomnianą ulotką Borowczak opisuje raczej konkretnie: „Pewnego dnia, w kolejce z Sopotu do Gdańska, ktoś wręczył mu ulotkę. Przeczytał, że partyjna nomenklatura to złodzieje, oraz nazwisko i adres autora tych słów: Borusewicz, Sopot, ulica 23 Września i numer mieszkania”.
Po tej lekturze Borowczak miał udać się pod wskazany adres. Jest to dość ciekawe stwierdzenie, gdyż Borusewicz nie wydawał ulotek wyłącznie pod własnym nazwiskiem. Tak więc były tam nazwiska rożnych działaczy WZZów. Zastanawiać może więc to, że mimo wcześniejszych postanowień, powziętych rzekomo jeszcze w Egipcie, że będzie poszukiwał kontaktów z WZZami w Stoczni Gdańskiej, nie poszedł do zatrudnionej tam Anny Walentynowicz, do której miał dużo bliżej, a wybrał niepracującego nigdzie Bogdana Borusewicza. Jest to pytanie retoryczne, gdyż każde następne świadectwo Borowczaka jest zaprzeczeniem poprzedniego i zbyt dogłębne analizy mogą tylko przyprawić czytelnika o solidny ból głowy.
Tak więc kontynuuje on swą opowieść o spotkaniu z Borusewiczem: „Zastałem go za drugim razem. Przyjął mnie z rezerwą. Pytał kogo znam? Powiedział że się ze mną skontaktuje”
I dalej w tym samym wywiadzie czytamy: „Na początku listopada 1979 przed oknem stancji Borowczaka przy ulicy Pogodnej zjawia się Borusewicz. Kilka dni później, 11 listopada po mszy w Bazylice Mariackiej rusza duża manifestacja pod pomnik Sobieskiego. Borowczak rzuca ulotki”.
I znów jedno kłamstwo pogania drugie. Już w innym wywiadzie opowiada tą samą sytuację nieco inaczej: „Przyjął mnie z dużą rezerwą. Wypytywał co robię i kogo znam? Potem dał mi zadanie. Miałem rozrzucić ulotki w stoczni”.
Nie ma oczywiście znaczenia, że Borowczak nie wie gdzie miał rzucać swoje pierwsze ulotki, gdyż w rzeczywistości nie robił tego ani pod pomnikiem, ani w stoczni.

Lubię to! Skomentuj27 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura