W mocy słów
Życie nie jest do godzenia za śmiercią, tylko szukania dla niej dostatecznie dobrego powodu
2 obserwujących
70 notek
15k odsłon
73 odsłony

Bajka o diable, upiorze i bestii w jednej rodzinie

Wykop Skomentuj

Dawno, dawno temu połączono w rodzinę sakramentem małżeństwa przeciwne natury. Bardzo przeciwne – nieprzyjacielskie. I może tylko przez niedopatrzenie kapłańskie, ponieważ natury te zamaskowane były w ludzkich postaciach. Ewentualnie ku radości Bożej, gdyż człowiekowi nic do tego, z czego Bogu największa radość, lub jakimi planami ludzi zbawia.
A na dodatek nie dwie natury, tylko trzy, bo tak jak Bóg nie wszystko ludziom pokazał przed oczy, co pod skórami mieli, tak i ludziom przyszło do głowy, żeby ukryć swój sekret pod piękną suknią ślubną – panna młoda była już brzemienna dzieckiem. (Być może nawet w odwrotnej kolejności, że to na nieuczciwość ludzi, Bóg odpowiedział swoją, ale nie wymagajcie, żeby lichy narrator owej historii, był w stanie przeniknąć swym umysłem wszystkie uwarunkowania tak wysokiego pułapu.)
Tak mężowi w owym stadle przyszło kiedyś odkryć, że zamienia się w diabła, ilekroć do zbliżeń z żoną dochodzi.
Nie myślcie, że szybko i łatwo zechciał to zauważyć i przyjąć do wiadomości. Ani skłonność do zatracania w podniecie temu nie sprzyjała, ani nauka świata, że diabły nie istnieją. Nawet wiódł karierę aktywisty socjalistycznego. Zatem to raczej wstręt żony przed zbliżeniami z nim miał za wynaturzony i chorobliwy, szczególnie, że wystarczyło mu ją zdradzać, żeby w diabła się nie zamieniał, więc żadna inna kobieta o tym makabrycznym zjawisku mu nie donosiła.
Wiele lat upłynęło w piekle odpychających awantur i zapijania świadomości, niemożności omówienia problemu z kimkolwiek, kto mógłby powiedzieć mu cokolwiek innego, niż chciał rozumieć w pogodzie ducha, czyli że musi to być choroba psychiczna żony, zanim zauważył się sam. I nie tylko sam, bo na jego zbliżenie z żoną wszedł kiedyś niebacznie do pokoju syn. Z dużym pożytkiem, bo ten wyleczył się z picia i ćpania z rozpaczy, w jakiej niekochającej się rodzinie żyje, od tego jednego obrazka, że ujrzał ojca w diabelskiej postaci. (Ale to nie to dziecko brało udział w sakramencie małżeństwa rodziców.)
W końcu mąż pogodził się z prawem dotyczącym diabłów – jak żyć, żeby utrzymywać się w ludzkiej postaci - że wystarczy być niewiernym, nieuczciwym i nie liczyć się z prawdą. Porzucił żonę i zamieszkał z kochanką, której mąż się po rozwodzie powiesił. Przestał denerwować, stał całkiem ciepły i miły, bo wyobrażał, że to z takich jak on ten świat się składa, i doskonale się w tym rozumieją, iż każdy każdego musi oszukiwać nie mając innego wyjścia, żeby nie straszyć ludzi swoim wyglądem.  Czy też raczej – dzięki temu miał się za człowieka i ani mu w głowie było płacić za prawdę taką cenę, jak utrata człowieczeństwa. Dlatego dla niego mogła ona nie istnieć (prawda).
Żona, czy to od posiadania diabła za męża straciwszy duszę, czy też odwracając przyczynę, nie miała w swym stanie i prawach łatwiejszego życia, bowiem tym sposobem dotyczyło ją życie upiora. Mogła pokładać nadzieję tylko w tym, że kiedyś wszyscy zwątpią i potracą duszę, że na tym plan Boga polega i tak się zmieści w normie – nowym porządku - a nie w niebycie. Zatem aktywnie zwątpienie rozsiewała, jako jedyne sensowne, odbierała nadzieję w cokolwiek, kogokolwiek, jakąkolwiek możliwość doświadczenia szczęścia. Prześladowała za miłość, czy tylko zadowolenie, wolę działania, za rodzenie dzieci, za związki ludzi, snuła intrygi, podjudzała do zazdrości, pokazywała bezcelowość jakichkolwiek działań, głupotę nauki niedotyczącej ludzkiego przeznaczenia, straszyła jednych ludzi drugimi, zaszczuwała, przymuszała do niechcianych działań. W przypadku jednej kochanki męża udało się jej doprowadzić jej męża do rozwodu i samobójstwa.
Ale, czy i ludzie nie mają za zabawne czerpać wzorów z tego, co jest przymusem diabła lub upiora, upozorowywać się do nich, do zła? A przecież tych nic do tego nie zmusza, a tylko nie wierzą, ile wysiłku musi włożyć zło w to, aby być niewidzialnym i móc czuć człowiekiem.
Albo ci wszyscy marzący jeszcze w tym kotle o kosmitach i maszynach potrafiących podobnie zamaskować się w ludzkim ciele... Spadajcie goście, bo jakbyście zobaczyli, na czym ta planeta stoi, i ile męki znoszą ludzie od siebie nawzajem, żeby pozostać ludźmi i utrzymać ziemię w tym wyglądzie, jaki posiada, to jeszcze bardziej obcych i zwalczających, niż rodzimych, już by się wam odechciało.
A tu jeszcze o dziecku z owego sakramentu nie napisałam.
Gdy diabeł z upiorem są na wojnie o przetrwanie, wcale nie jest tak, że ono coś z tego korzysta, jako trzeci gracz (co mówi przysłowie). Bo dziecko do szczęścia potrzebuje rodziców posiadać, a nie ich ogrywać, pokonywać lub widzieć w nich wrogów z innego ducha, czy gliny.
Upiór, to widzi od razu, co mu się urodziło. I diabłem próbuje manipulować, że to ich wspólny wróg, a już na pewno diabła i dobrze na tym wyjdą, jeśli diabeł zabije dziecko, znajdzie do tego powód (upiór nie może, bo zostałby wampirem, a nie jest głupi, żeby stać się widzialnym).
Bestia jeszcze wolniej dochodziła do odkrywania siebie, niż diabeł. Zresztą jedna i druga z tych natur może umrzeć w zupełnej nieświadomości swoich ograniczeń i praw, gdy takie będą okoliczności. No ale skoro wszystkie trzy spodobało się Bogu wpakować do jednej rodziny, to było mało prawdopodobne, żeby udało im się przeżyć życie w błogiej niewiedzy.
Bestia dopóki nie marzyła o miłości dla siebie, tylko kochała w zgodzie ze swoją naturą, to była człowiekiem – w ludzkiej postaci. I gdy tylko otarła się o przeistaczanie, już sama mając dzieci, zrozumiała swoje prawo. Wyglądało na najprostsze z tych trzech, bo zgodne z jej skłonnościami do poświęcania się dla ludzi, służenia im jak sobie, gdy jeszcze myślała, że wszyscy są na jej podobieństwo i tylko miłością żyją. Co innego, skoro już jako dziecku przytrafiło jej się dostać do kochania diabła i upiora. Czy to przez koniec czasów, że zwyczajnych ludzi było już jak na lekarstwo, czy też przez to, że nigdy ich nie było poza przybraną postacią? Nie ważne – fantazja to przecież.
Diabły to nawet dają się kochać, bo same w sobie są zakochane, ale upiory miłości nie czują żadnym sposobem i nic ona dla nich nie znaczy, poza odtwarzaniem takiej potrzeby z pamięci.
Jak skończyła się bajka? Jeszcze nie skończyła.
Choć już widać, że niekoniecznie będzie to dobre zakończenie. Bo jakim cudem dla wszystkich? I czy chociaż jedna kochająca bestia zniesie cały ten świat, gdy nie zdoła wypatrzeć człowieka?
No chyba, że już dawno zniosła...
Bogu niech będą dzięki za Jezusa!

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura