Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
9 obserwujących
21 notek
37k odsłon
537 odsłon

Kolęda warszawska

Fot Krzysztof Hoffmann
Fot Krzysztof Hoffmann
Wykop Skomentuj3

Śnieg padał i padał.

W krzątaninie przedświątecznych zakupów prawie nikt nie zwracał uwagi na łachman, spoczywający w bramie jednej ze stuletnich kamienic. Może co dwudziesty przechodzień zatrzymał na nim wzrok, może nie. Nie było zresztą na co patrzeć - po prostu kolejny stary wór, wypchany Bóg Wie Czym. Nic godnego - chwilowego nawet - zainteresowania. Ludzie łazili tam i z powrotem, wzdychali, palili papierosy, szukali drobnych i na widok porzuconego pakunku wznosili co najwyżej oczy do nieba. A wór? W środku mogła być zarówno Gioconda, jak i bomba atomowa. Nikogo to nie obchodziło.

Zainteresowany był jedynie, przez chwilę zresztą, jakiś przemarznięty pies. Pełny pęcherz zmusił go do wstydliwego kompromisu : rezygnacji z poszukiwania drzewka i załatwienia sprawy w najbliższym, nie przynoszącym ujmy miejscu. Z lodowatą obojętnością obwąchał pakunek, po czym podniósł nogę. W zimnym powietrzu unosiła się przez jakiś czas lekka mgiełka. Gdy opadła, psa już nie było.

A gdy zapadł zmrok, ucichły przebrzydłe piosenki z dzwoneczkami i ogłupiające „ho ho ho”, rozbrzmiewające na każdym rogu, śnieżyca zaatakowała z podwójną zaciekłością. Zaś wór mogący mieścić zarówno Giocondę jak i bombę atomową wstał i powlókł się w noc

* * *

Możesz wierzyć, że to co dostajesz jest zasługą jakichś bliżej nieokreślonych sił. Że na wszystko co dobre (i złe) jest jakiś plan. Możesz wierzyć w Mikołaja, dobrą karmę, odpowiedni układ gwiazd, cokolwiek. Jeśli nawet największa i najbardziej soczysta bzdura sprawi, że staniesz się lepszy albo lepiej ci się będzie żyło – wierz w nią bez ograniczeń.

Jednak tego, co drzemało pod starym budynkiem na maleńkiej, mokotowskiej uliczce, nie zaparkował tam Wujek Fart. Ani żadna wróżka ani nawet Święty od butelki z colą. Było zbyt prawdziwe, miało cztery wielkie koła, jeszcze większy silnik i tysiące dupereli sprawiających, że za jego cenę dałoby się kopać studnie gdzieś w Sudanie do skończenia świata. Jan – nazwijmy go Janem, ale dla każdego z Was może mieć dowolne imię - tyrał dniami i nocami, miesiącami i latami aby sprawić sobie to kosmiczne auto. I tysiące innych rzeczy, których potrzebował albo myślał, że je potrzebuje. Praca, ciężka praca, symbol naszych czasów – nigdy nie narzekał jednak bo nie każdy ma ten wrzód na tyłku, który wprawdzie boli ale także daje niezależność. Skończył niezłe studia, znalazł dobrą pracę i po kilku latach było jak w mydlanym filmie lub w reklamie serka topionego. Patrząc w lustrze na swą twarz odczuwał dumę : oto dowód na to, że gdy chcesz – to możesz. Wszystkie te przedmioty wokół potwierdzały, że ma rację. Bardzo go uzasadniały.

Może to i mydło i telenowela … miał to jednak najzwyczajniej gdzieś i tyle. Barwy Szczęścia? Proszę bardzo. Jest kamera, akcja, klaps .. i poszło!. Stoi oto przy tym wielkim samochodzie, zamyślony lecz zadowolony. Są też i reminiscencje - te filmowe deja vu wyjaśniające czemu tak się cieszy i dlaczego tak powinien. Jest tu więc rudera, którą zwykł nazywać domem, jest mężczyzna o czerwonych oczach i trzęsących rękach i zestresowana, chuda matka. Jest też morze alkoholu, prokurator i podbite oczy. Jakże kontrastuje to z dzisiejszą, cichą sceną na filmowym planie; w tle uliczki na warszawskim Mokotowie, w uspokajającej bieli i dzwoneczkach kwitnie otoczone przedmiotami szczęście Full HD a nawet w trzech wymiarach. Pora na ujęcie trzecie. W wielkim aucie siedzą dzieci, roześmiane i szczęśliwe, zaś ich matka – elegancka, piękna i pociągająca – śmieje się na cały głos. Bo się nam udało ! W czasach krótkich i niecelnych związków, które tracą rację bytu zaraz po Konsumpcji (albo nawet, co smutniejsze, jeszcze przed) my wciąż Jesteśmy. Klaps i zejście do czarnego.

Jan (nazwijcie go jak chcecie, to jest tylko tekturowa postać serialowa) zaciera rześko ręce i spogląda na smartwatcha z jabłkiem – pora wreszcie ruszać. Aby widz zrozumiał o co chodzi, gra muzyka w tle bo życie bez muzyki w tle jest nie do ogarnięcia. Rusza zatem wielka fura aby nieść przez śnieg, zadymkę, mgłę i wyciszenie bohaterów mdłej telenoweli do ich drewnianego domu w górach : właśnie tam odbędą się Cudowne Święta. Będzie keks, muzyka i spacery przy księżycu. Będzie pięknie. Będzie tak, jak być powinno.

Klaps … i koniec już na dzisiaj. Zapraszamy znowu jutro.

Bzdura?

Czemu? Cuda się zdarzają.

Ponoć.

* * *

A to już zupełnie inny film. Muzyka w nim słabiutko i kolorów jakoś mało.

Wnętrze miejskiego kanału nie jest bynajmniej repliką pokoju w Wersalu. Nawet do seryjnych klatek mieszkaniowych w betonowych nibymiastach ma się tak, jak wół do zielonego – nie ma się po prostu nijak.. Próżno szukać tam zapachów miłych (albo choćby neutralnych ) dla ludzkiego nosa. Jednym i jedynym i tym wszechobecnym jest powalający smród rozkładu. Nikt z wyjątkiem świrów i ciekawskich, małych chłopców się tam nie zapuszcza gdy nie musi. Małych chłopców, którzy mają Nóż Indiany Jonesa ,Plecak Jonesa i Kanapki Jonesa i zmierzają po Przygodę. Często po to, by powrócić jako inni mali chłopcy. Lub by nie powrócić w ogóle. Mali chłopcy, których Nieobecność po miesiącach poszukiwań ksiądz tłumaczy krótkim, wypełnionym żalem „Bóg-Tak-Chciał” i trzeba wierzyć …. Kto w to zresztą wierzy? Cóż to jest za Bóg, co jako finał dla Przygody Chłopca daje zamiast skrzyni pełnej skarbów nóż i opuszczone spodnie świra ? A w tle smród i mrok i czasem piski szczura.

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości