Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
8 obserwujących
17 notek
32k odsłony
4198 odsłon

Niebiański spokój

Gdzieś na przełęczy, Krzysztof Hoffmann
Gdzieś na przełęczy, Krzysztof Hoffmann
Wykop Skomentuj31

Z przo­du góry, z tyłu góry, z boku jed­ne­go i dru­gie­go też. Wszę­dzie są te góry. Nic dziw­ne­go, że Mon­go­łom ze­szły wieki na pod­bi­cie tego nie­wiel­kie­go kraju - żaden blitz­krieg tu nie wcho­dzi w grę : w kraju, gdzie ponad dzie­więć­dzie­siąt pro­cent po­wierzch­ni wy­sta­je parę ty­się­cy me­trów ponad po­ziom wody, nie da się prze­miesz­czać tak po pro­stu. Tak było setki lat temu, gdy po oko­li­cy hu­la­ły żądne łupów hordy dzi­ku­sów na przy­sa­dzi­stych ko­ni­kach, tak było kiedy in­sta­lo­wał tu so­wiec­ką wła­dzę pan­cer­ny nar­kom Frun­ze (uro­dzo­ny zresz­tą w sto­łecz­nym Bisz­ke­ku jako skrom­ny syn fel­cze­ra), tak też jest i teraz. Fakt, że przed pa­ro­ma laty od­no­wio­no zna­ko­mi­tą część słyn­ne­go "nar­ko­ty­ko­we­go szla­ku" wio­dą­ce­go z Osz przez śro­dek kraju na da­le­ką pół­noc wiele tu nie zmie­nia, poza - może - nieco mniej­szym bólem obi­te­go od pod­sko­ków na wy­bo­jach tyłka. Po­ko­na­nie paru setek ki­lo­me­trów głów­ną drogą tego kraju musi zająć kil­ka­na­ście go­dzin albo nawet dobę i sam Lenin nic by na to nie po­ra­dził. Na osło­dę po­zo­sta­je za­okien­na, nie­koń­czą­ca się fo­to­ta­pe­ta – im się wyżej wspi­nasz na prze­łę­cze, tym od­dy­chać coraz trud­niej. I to wcale nie przez nie­do­bo­ry tlenu : widok jest tu tak baj­ko­wy i po­wa­la­ją­cy, że po pro­stu odej­mu­je dech.


A za­czę­ło się do­kład­nie tak, jak prze­wi­dzia­łem. Na ulicy ani widu ani sły­chu sa­mo­cho­du, zaś te­le­fon tak­sów­ka­rza o imie­niu Ałmaz, który miał mnie za­wieźć do Bisz­ke­ku (przy oka­zji biz­ne­so­wo – ro­dzin­ne­go study tour i za nie­zbyt podłą za­licz­ką na­tu­ral­nie) mil­czy jak za­klę­ty. Nie, bo nie. Bo Abo­nent jest chwi­lo­wo nie­do­stęp­ny. Bo się sieć syp­nę­ła. Bo coś tam. Żal mi tro­chę forsy, która - zdaje się - wspo­mo­gła jakiś szczyt­ny cel w roz­licz­nym, Ał­ma­zo­wym kla­nie, jed­nak jesz­cze bar­dziej żal mi czasu. Dzi­siaj jest go­rą­co, wczo­raj jed­nak i przed­wczo­raj sypał gęsty śnieg więc prze­bi­cie się przez trzy prze­łę­cze, z czego jedna - Oto­mok - leży tak wy­so­ko, że aż strach tam wjeż­dżać sa­mo­cho­dem, może być wy­zwa­niem. A mnie spiesz­no do sto­li­cy : za­skór­nia­ki już w za­sa­dzie się skoń­czy­ły a dwa­dzie­ścia minut po pół­no­cy od­la­tu­je Air Bisz­kek, który miał mnie za­brać do Stam­bu­łu. Jeśli się na niego spóź­nię, bę­dzie cał­kiem nie­we­so­ło. Stoję więc po kost­ki w sza­ro­bu­rej brei, klnę i usi­łu­ję się do­dzwo­nić. O dzie­sią­tej je­stem wście­kły, wpół do je­de­na­stej – zły jak osa. Chwi­lę póź­niej usi­łu­ję zna­leźć w te­le­fo­nie ja­kieś ob­raź­li­we, słowo po kir­gi­sku, które mógł­bym wy­słać Ał­ma­zo­wi – wszę­dzie jed­nak tra­fiam tylko na mo­dli­twy i ży­cze­nia no­wo­rocz­ne. Kiedy w końcu od­naj­du­ję od­po­wied­nią frazę, dzwo­ni Ałmaz, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie potok słów, z któ­re­go nie wy­ni­ka nic poza tym, że mu bar­dzo przy­kro. Gdy się w końcu uspo­ka­ja, ze trzy­dzie­ści razy prze­ko­nu­je mnie, że żaden z niego oszust - ot, po pro­stu coś nie wy­szło, po­szło nie tak, sam ro­zu­miesz – inne spra­wy ... Nie ro­zu­miem ale nie chcę tego dalej cią­gnąć, pytam zatem naj­uprzej­miej jak po­tra­fię czy jest jesz­cze jakaś szan­sa, abym do pół­no­cy zna­lazł się w Bisz­ke­ku. Ałmaz aż się za­chły­stu­je.


- Oczy­wi­ście. - mówi. - Prze­cież się umó­wi­li­śmy. Sta­ram się nie par­sk­nąć do słu­chaw­ki. Za go­dzin­kę, może nawet wcze­śniej, ktoś się tam po­ja­wi. Bę­dzie to roz­sąd­ny facet, który mnie bez­piecz­nie i na czas prze­trans­por­tu­je przez te nie­bo­sięż­ne góry i prze­łę­cze. Ałmaz, cho­ciaż pro­sty tak­siarz, wspi­na się na same szczy­ty kra­so­mów­stwa, ja zaś, po raz pierw­szy od dwóch go­dzin, mam ocho­tę się uśmiech­nąć.


- Za­ła­twi­łem wszyst­ko, jak na­le­ży! - krzy­czy do słu­chaw­ki. - Ja nie mogę ale tak się do­brze po­skła­da­ło, że bra­cisz­ka je­dzie do Bisz­ke­ku! On cię tam za­wie­zie! Nic się nie martw, zdą­żysz przy­ja­cie­lu, zdą­żysz !


Pół go­dzi­ny temu byłem gotów na pie­cho­tę przejść pół mia­sta, zna­leźć łacha i roz­szar­pać na ka­wał­ki. Uspo­ka­ja­ją­cy ton Ał­ma­za robi jed­nak swoje, może ma on tro­chę racji, mó­wiąc, że jest jesz­cze sporo czasu - jeź­dzi w końcu po tej dro­dze re­gu­lar­nie, ja wi­dzia­łem ją je­dy­nie z góry, lecąc tu z Bisz­ke­ku. Słoń­ce świe­ci pro­sto w nos, stad­ko dzie­ci roz­chla­pu­je na ulicy błoto, w tle zaś kwit­ną nie­bo­sięż­ne góry. Stoję więc po­kor­nie dalej nie­da­le­ko kra­węż­ni­ka, cze­kam na "bra­cisz­kę", mo­dląc się po cichu, żeby gdzieś tam wyżej, pod chmu­ra­mi nie za­czy­nał się aku­rat buran. Ałmaz jest wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ny kiedy in­for­mu­ję go, że dwie­ście somów (trzy do­la­ry z ja­kimś tam okła­dem), które wziął ode mnie jako „re­zer­wa­cję miej­sca”, od­li­czy­łem wła­śnie od wy­na­gro­dze­nia, sta­wiam jed­nak tu na swoim. Jeśli mnie do resz­ty wku­rzy, pójdę na lot­ni­sko i za­in­we­stu­ję w prze­lot, zaś z biz­ne­su nici – po­zo­sta­nie mu te marne dwie­ście somów oraz parę brzyd­kich, chrze­ści­jań­skich słów w pa­mię­ci. Milk­nie, mru­cząc coś pod nosem cho­ciaż obaj wiemy, że je­dy­ny dzi­siaj lot z Dża­la­la­ba­du do sto­li­cy wy­star­to­wał pół go­dzi­ny temu.


- Je­steś dziad. - beł­ko­cze w końcu, sły­szę jed­nak kątem duszy, że się w głębi sie­bie śmie­je. Do­bi­ja­my więc (po­now­nie) targu. Szyb­ko się tu na­uczy­łem Azji.

Wykop Skomentuj31
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości