Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
8 obserwujących
17 notek
32k odsłony
1374 odsłony

Baranie oko

Nad zalewem toktogulskim, Krzysztof Hoffmann
Nad zalewem toktogulskim, Krzysztof Hoffmann
Wykop Skomentuj9

Po wieczorze wypełnionym baranimi szaszłykami, baranimi żeberkami, kirgiskimi pierożkami, które zwą się tu mantami, napchanymi pysznym, baranim - a jakże - farszem z nieprawdopodobną ilością cebuli i nieznanych mi, aromatycznych i cokolwiek podejrzanych ziół, przyszedł czas na noc : pełną dźwięków, dziwnych szeptów, zawodzenia muezinów na świecących wieżach minaretów i potężną bańką "sprytnej wody", od której za wszelką cenę usiłowałem się wykręcić i od której wykręcić się nie było mi niestety dane. Minarety i meczety, które rosną tu jak grzyby po deszczu finansują ponoć jednoznacznie ukierunkowani na światowy dżihad wahabbici znad Zatoki Perskiej, sprytna woda zaś jest jak najbardziej tutejsza. Jej produkcję nadzoruje tylko i wyłącznie popyt, żadne inne regulacje, czy to polityczne, czy też religijne, nie są w stanie jej zatrzymać ani nawet ograniczyć. Sprytna woda to po prostu bimber, tym straszniejszy, że zupełnie pozbawiony woni. I nie chodzi tu bynajmniej o zrobienie w konia monopolistycznych władz, od lat nie próbujących ingerować w jej produkcję. Dobry, praworządny muzułmanin nawet się nie zbliży do jakiegokolwiek alkoholu, ale woda? Cóż jest złego w wodzie? Karim mruży oczy, nie wiem czy złośliwie, czy po prostu ma dziś ze mnie zdrowy ubaw. A ja wącham podejrzliwie wielką szklankę, którą postawiono mi przed nosem i domyślam się, że nie jest łatwo. "To naprawdę sprytna, sprytna woda" – mówi Karim a Nurgazy, jego kumpel i producent tego specyfiku śmieje się donośnie. "Zdrowie" - krzyczy nagle po rosyjsku i wiadomo już, dlaczego tak nie chcieli piwa, które zaoferowałem, ja naiwny, kupić i dostarczyć na spotkanie. 

- Pij, towariszcz. - mówi Karim więc wychylam szklankę sprytnej wody. Oczy mi wychodzą na wierzch, język zaś ucieka wprost do tyłka. Minie parę dobrych chwil nim uda mi się złapać oddech. Tak mnie ugościli.

- Karim. - mówię. - Jak możecie pić to świństwo? Karim, mój kirgiski druh z domieszką uzbeckiego sprytu śmieje się jedynie i nalewa mi kolejną porcję. Zastanawiam się jak długo jeszcze będę stał na nogach. W takim tempie chyba prędko spotkam się z podłogą.

Pytam zatem o zasady. Karim poważnieje.

- Nie nie, Allach tego nie widzi. - mruczy. Powątpiewam.

- Nie widzi. - powtarza, już pewniej, Karim. Wtóruje mu Nurgazy. Dziś jest środa. A w zasadzie nawet jeszcze nie ma środy, bo dopiero co był wtorek a my nie spaliśmy. Więc jest wtorek, tak po prawdzie, a do piątku kupa czasu. Allach ma na głowie cały wielki świat, do tego pełno psów niewiernych (tak jak ja) do ogarnięcia, nie ma zatem możliwości, że przez cały tydzień będzie się zajmował Karimami, Nurgazymi i ich sprytną wodą. Mówiąc krótko - to, co z oczu, to i z serca. Im zaś bliżej piątku, tym uważać trzeba bardziej, dziś jest jednak wtorek, więc na razie z tamtej strony nie ma zagrożenia. Tako rzecze Karim i nalewa nam kolejną porcję „smakołyku”. Noc zapada nad Dżalalabadem, nad szczytami wokół miasta, ja zaś z wielką satysfakcją oszukuję Najwyższego wraz z moimi islamskimi wspólnikami. Kiedy wjeżdża parująca micha, słyszę tylko nurgazowy szept: "Ciekawe, czy to przejdzie przez to twoje chrześcijańskie gardło". I - po prawdzie - cieszę się, że natrafiłem na tych dwóch łobuzów, którzy jeszcze wczesną środą mają gdzieś kategoryczne wrzaski cudzoziemskich piewców moralności. Z michy bowiem kłania mi się naryn z szaulaj - i niech diabli wezmą tego, kto wymyślił, że to można jeść. Naryn bowiem to po prostu gulasz z cynaderek, baraniego mózgu i wszelkiego wewnętrznego świństwa, jakie tylko można sobie wyobrazić. W środku, jako cymes, pływa sobie oko. Gotowane, wytrzeszczone i bialutkie oko. Oko jest baranie. Obaj abnegaci szczerze reklamują owe oko jako gwóźdź programu. Idą w ruch widelce. Jemy tradycyjnie z jednej, wielkiej michy więc uników nie ma: grzechem i obrazą byłoby odmówić, zwłaszcza że obydwaj raz za razem podsuwają mi to świństwo - najsmaczniejszy w ich mniemaniu kąsek.

Z brei, której podejrzana woń przywodzi na myśl siki wygrzebuję oko. Po głębokim wdechu żuję ten nieszczęsny cymes i udaje mi się nawet schrupać go większych perturbacji. Gdyby nie to, że jem oko, smakowałoby jak jajko, chrzęści tylko bardziej między siekaczami. Ale jednak to nie jajko … Gdy wypuszczam wreszcie oddech, tuż przed nosem widzę wielką szklankę sprytnej wody. Teraz nie wybrzydzam, po tym oku mogę, tak jak Ruski, do dna. I szklanicą o podłogę. Ura!

- Mołodiec! – oznajmia dumnie Karim. Potwierdzenie zwrotne nie nadeszło więc przeszedłem testy śpiewająco. A Nurgazy niezadowolony: kawał się nie udał, nie zemdlałem, nie puściłem pawia. Patrzę hardo, choć ta sprytna woda nieco mąci mi spojrzenie - mam nadzieję jednak, że się nie zorientowali, w końcu piją równo ze mną. Nurgazego wzywa żona – musi pilnie gdzieś pilnie zadzwonić.

Wykop Skomentuj9
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości