5 obserwujących
48 notek
21k odsłon
  285   1

Też otarłem się o FOZZ

                            image


Praca na morzu za komuny była niewątpliwie specyficzna. Była przecież Żelazna Kurtyna. Pamiętacie Państwo takie określenie – wyjazd na placówkę zagraniczną? To wówczas było coś, czego wszyscy zazdrościli. Lecz jednocześnie był to wyraz zaufania komunistycznych władz do delegowanego, a przede wszystkim Urzędu Bezpieczeństwa, czyli ubecji.

PRL, chcąc nie chcąc musiał prowadzić handel zagraniczny, wymianę towarową z całym światem – ten eksport i import.

W stworzonym wówczas modelu obsługi tej dziedziny, bolszewicy nie wymyślali nic nowego, tylko sięgnęli do idei II RP, rozwijania dużej, własnej floty handlowej. W rezultacie, w szczytowym okresie komuny w Polsce, biorąc sumarycznie marynarzy i rybaków dalekomorskich mieliśmy około 50 tysięcy ludzi morza.

A nad tą rzeszą zdrowych, dojrzałych mężczyzn (kobiety na morzu były pojedynczymi procentami) służby bezpieczeństwa – cywilne i wojskowe, musiały mieć pełną kontrolę dzień i noc.

Pracownik za komuny był tani. Więc na klasycznym drobnicowcu załoga liczyła zazwyczaj około 45 osób. A jak statek jeszcze zabierał na pokład paru pasażerów, to marynarzy było nawet 60-ciu.

Wobec obecnych standardów, gdzie załoga liczy od 14 do 17 marynarzy i oficerów w pełnej międzynarodowej obsadzie, to rzeczywiście było przeludnienie na statku.

Każdy polski statek w żegludze międzynarodowej, miał wśród załogi przynajmniej dwóch swoich agentów, albo chociaż zawodowych donosicieli, określanych dzisiaj formalnie TW – tajny współpracownik.

Jako również były radiooficer, czyli technik, zazwyczaj nie dopuszczany do tajemnicy (chociaż tacy też byli, przychodzący na to stanowisko z Ludowego Wojska Polskiego) mam pewien poznawczy dysonans w odniesieniu do obowiązków kapitanów w polskiej flocie. Ten temat ciągle jest martwy i jakoś nikt z tego grona, a tych już emeryckich Stowarzyszeń KŻW , nie powie nikt nic o pracy dla służb, jakby przysięga wierności i tajemnicy PRL-owi nadal obowiązywała.

A swoje niepodważalne obserwacje mam. W prawdzie z PLO – Polskich Linii Oceanicznych, ale jestem pewien, że wszędzie było identycznie.

Gdy kolejny rejs był już sprecyzowany i przygotowany, statek gotowy do drogi – ta cała masa roboty wielu ludzi – ładunek zabezpieczony w ładowniach i zbiornikach, załoga skompletowana, prowiant na burcie, paliwo zatankowane, plan podróży gotowy i precyzyjny, a pilot i holowniki czekały, by wyprowadzić statek z portu na otwarte morze, to kapitan z teczką wypchaną dokumentami, czasami również w towarzystwie pierwszego (mówiono też "starszego") oficera, po odprawie w dyrekcji udawał się jeszcze na "tajemnicze" najwyższe piętro biurowca, gdzie niepodzielną władzę miała tak zwana "wojskówka". Nie ma wątpliwości, że był to wywiad i kontrwywiad wojskowy, A o czym tam rozmawiano, jakie dyspozycje i polecenia wydawano, to nikt nieuprawniony nie miał najmniejszego pojęcia.

Jako radiooficer regularnie raz, lub dwa w miesiącu, odbierałem z Gdynia Radio, nadawany wówczas alfabetem Morse'a szyfrogram. Dosyć długi dokument, gdzie przy odbiorze trzeba było bardzo uważać, bo pomyłka choćby jednego znaku mogła zmienić sens całej depeszy. A łatwo nie było, jeżeli odbiera się coś, czego nie można zrozumieć. Bo takie szyfrogramy to były grupy cyfr, zawsze tej samej długości, więc dosyć monotonne. Nie daj Boże nagrywać to, albo robić kopie.

Szyfrogram w jednym egzemplarzu dostarczało się osobiście kapitanowi. A ten zamykał się z pierwszym oficerem w swojej kabinie, wyciągał z sejfu książkę kodów, męczył się z rozszyfrowaniem depeszy, a potem sam szyfrował swoją wiadomość.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że w załodze na statku zawsze mieliśmy co najmniej dwóch "kabli", czyli donosicieli TW. To zazwyczaj była drobnica, nie przekraczająca poziomu Bolka. Przekonany jestem, że w każdym zakładzie pracy w PRLu były takie kanalie.

Czasami nie wiedzieliśmy, kto jest współpracownikiem służb, może się nawet domyślaliśmy, a czasami było to proste, jak pręt stalowy, bo sami szybko się demaskowali, często według zasady – "wy nie wiecie, kim ja jestem". Najczęściej demaskowano ich w czasie pijaństw, a najzabawniejsze było, gdy jedno "gumowe ucho pracowało dla wojska, a drugie dla cywilnej esbecji i pijani kłócili się, który z nich jest ważniejszy.

Po powrocie z rejsu kapitan ponownie udawał się na najwyższe piętro pięknego, przedwojennego biurowca PLO na ul. 10 lutego i składał szczegółowy raport z podróży, oraz o wykonanych zadaniach.

Strasznie jestem ciekaw i ciągle nic nie wiem, czy już w czasie nauki na Wyższej Szkole Morskiej młodzi nawigatorzy, a w perspektywie paru lat, kapitanowie, byli szkoleni, lub tylko informowani, że również ich chlubnym zadaniem dla ojczyzny jest szpiegowanie i współpraca ze służbami specjalnymi PRLu. A może informowano o tym dopiero, jak już pokładowy oficer junior odbywał obowiązkowy kurs Kapitana Żeglugi Wielkiej (kżw)? Lub też istniała taka możliwość, że informował o tym armator – PŻM, PLO, czy Dalmor – gdy do pracy przyjmował oficerów na stanowiska kapitanów, czy pierwszych oficerów

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale