Do tej pory beczka budziła u mnie różny ciąg skojarzeń – beczka soli (do zjedzenia), beczka śmiechu (sytuacja komiczna), beczka piwa (50 litrów – mniam, mniam), beczka filozoficzna (Diogenes z Synkopy), beczka lotnicza (figura akrobacji), beczka dębowa (ogórki i kiszona kapusta), Beczka Raju (pizza w Mikołowie), beczka (produkt bednarski)…
Aż przyszedł czas na beczkę smoleńską a w zasadzie półbeczkę…
Nie wiem jak Państwu, ale mi ta półbeczka jakoś nie leży, jakoś przekracza granicę mojej wyobraźni – może i wstyd się do tego przyznać, ale takie są fakty i nie będę zaprzeczał.
Niech będzie i tak, że brzoza wyrwała część skrzydła i stało się to na tej diabelskiej wysokości 6, 66 m.
Skrzydła mają rozpiętość 37,55 m.
Po kolizji lewe skrzydło zmniejszyło się do 12 m a może nawet bardziej – 10 m (bo rozpiętość liczy się z kadłubem).
Powiedzmy, że wysunięte podwozie to 2 metry (oceniam jak pasażer).
Samolot znajdował się od ziemi – ile – 2 – 3 metry?
I z 10 metrowym kikutem wykonuje obrót w lewą stronę, aby upaść na plecy?
Jakoś mnie to nie przekonuje, bo oznacza, że od chwili uderzenia w brzozę samolot musiał znaleźć się co najmniej 10 metrów nad ziemią by wykonać swoją akrobację a nie zaryć lewym lub prawym skrzydłem w ziemię…
No i ta mgła…
Samolot spadał i jaka by ta mgła nie była to pewnym momencie powinno być widać – że no k….. gdzie my jesteśmy…
A tu sobie spokojnie odliczają i potem jak uderzają w przeszkodę też milczą – nie jestem psychologiem, ale sądzę, że większość z nas coś by powiedziała…
Dziwne to jakieś.
No i takie to są wątpliwości smoleńskiego malkontenta.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)