aZ - agencja Zaolziańska aZ - agencja Zaolziańska
509
BLOG

Paweł HUT, Najwięcej zależy od Zaolziaków

aZ - agencja Zaolziańska aZ - agencja Zaolziańska Polityka Obserwuj notkę 0

Z dużą radością przeczytałeartykuł Grzegorza Gąsiora pt. „Sporne Zaolzie” zamieszczony w marcowo-kwietniowym numerze „Buntu Młodych Duchem” (2009). Znakomicie przeprowadzony wywód, erudycja i… trawestując G. Orwella z „1984” rzuca się w oczy odpowiedź na pytanie: jak? i brak odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego zaolziańska polskość ustąpiła przed czeskością?

Odpowiedź na to pytanie spróbuję wesprzeć dwiema wypowiedziami, które stanowiły dla mnie powód do wielomiesięcznych rozważań. Autor pierwszej wypowiedzi – C. Żołędowski, wysokiej klasy znawca problematyki pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego, w swej publikacji z 2003 roku „Białorusini i Litwini w Polsce, Polacy na Białorusi i Litwie”, postawił hipotezę, że faktycznie grupy mniejszościowe należą do społeczeństw większościowych w swoich krajach, zaś inne podejście należy uznać za uzurpatorstwo. Taka ocena – szczególnie przy uwzględnieniu sytuacji Polaków z Wileńszczyzny, była dla mnie nie do przyjęcia, bo czy można uznać, że Polacy mieszkający w swoich „małych ojczyznach” kilkaset lat, utożsamiający się z Polską bardziej niż z krajem obywatelstwa, mogą być uznani za wykluczonych ze społeczeństwa polskiego? Przecież dobrowolnie nie opuszczali Polski, ale wbrew ich woli zadecydowano o aktualnym przebiegu linii granicznych! Wniosek był oczywisty: prawosławny Ukrainiec spod Olsztyna jest członkiem polskiego społeczeństwa, zaś wileński Polak – nie. Z czasem jednak patrząc na postępujące zmiany w środowiskach polskich za granicą RP, wynikające z gwałtownych zmian kulturowych i ekonomicznych, musiałem przyznać rację C. Żołędowskiemu.

Druga wypowiedź padła z ust J. Valenty, historyka CzAN, nauczyciela wielu dzisiejszych luminarzy czeskiej nauki, zajmujących się problematyką zaolziańską. J. Valenta w 1996 lub 1997 roku przybył do Czeskiego Centrum w Warszawie na spotkanie poświęcone stosunkom czesko-polskim. W sali Centrum zgromadziło się wtedy sporo osób, które podjęły żywą dyskusję z prezentowanym czeskim punktem widzenia. Po spotkaniu umówiłem się z J. Valentą na przeprowadzenie z nim wywiadu na potrzeby przygotowywanej wówczas przeze mnie pracy o polskim środowisku na Zaolziu.

Dziś wspominam to zdarzenie z przymrużeniem oka, ale sam wywiad trwał 5, a może 6 godzin, obaj wypaliliśmy po paczce papierosów i żaden nie chciał ustąpić z własnych poglądów – J. Valenta podnosił racje historyczne strony czeskiej do Księstwa Cieszyńskiego, ja – wskazywałem na aspekt społeczny: wielotysięcznej rzeszy polskiej ludności w regionie. Zamknięcie naszej dyskusji (sic!) stanowiło pochylenie się nad kwestią dynamicznego kurczenia się liczby Polaków w regionie i kiedy wskazywałem na przewiny Czechów – te, o których napisał G. Gąsior: odmawianie prawa pobytu (imigranci z Małopolski Wschodniej), zwalnianie z pracy, manipulowanie spisami powszechnymi, zmiany jednostek terytorialnych, wszelkie formy presji społecznej, tworzenie infrastruktury szkolnictwa czeskojęzycznego czy wreszcie ludobójstwo w Stonawie*, J. Valenta spojrzał z lekką drwiną, wziął do ręki pudełko po papierosach i zapytał: ile kosztuje paczka papierosów? Wówczas było to około 20 tys. zł i tak też odpowiedziałem. A wie pan ile kosztuje „Zwrot”? (miesięcznik wydawany przez środowiska polskie w RCz). Odparłem, że w przeliczeniu na złote jest to podobna kwota. A widział pan te wille na Zaolziu? – kontynuował J. Valenta. Widziałem… To niech mi pan wytłumaczy, dlaczego pismo o nakładzie 3,5 tys. egzemplarzy nie może się sprzedać w społeczności liczącej ponad 50 tys. mieszkańców… Nie wytłumaczyłem, choć znałem odpowiedź i zna ją także G. Gąsior, który w ostatnim zdaniu napisał: „Najwięcej [zależy] jednak od samych Zaolziaków”.

Wskazanie na te dwa przykłady było dla mnie istotne, ponieważ nieco zmieniło mój pogląd na sytuację ludności polskiej w regionie. Podobnie, jak G. Gąsior, w dokumencie rządowym przygotowanym w 2007 roku przez zespół zajmujący się problematyką środowisk polskich za granicą stwierdziłem, że nie można uważać, że Polacy na Zaolziu poddawani są dyskryminacji lub prześladowaniom. Spotkały mnie za to przykre słowa ze strony części środowisk; opinii jednak nie zmieniłem, a upływ czasu jeszcze bardziej uwypukli tę prawdę.

Z G. Gąsiorem nie miałem zaszczytu osobiście spotkać się, ale mam nadzieję, że nie potępi mnie za to, że spróbuję rozwinąć pewne kwestie, które należy nazwać po imieniu, a zatem:
1. Kluczową rolę oderwania zaolziańskości od polskości przypisuję kompletnej hermetyczności Zaolzian na wartości mieszczące się w nurcie romantycznym. To, co było przyswajalne z tradycji romantycznej – sprawa narodowa, postrzegana w kategoriach instrumentu do rywalizacji o dobra materialne. W tym sensie wątki romantyczne, które należy utożsamiać z kulturą polską były zaadaptowane na potrzeby dominującej kultury pozytywistycznej o proweniencji czeskiej.
2. Kolejnym niewiarygodnie skutecznym środkiem depolonizacji okazała się zamknięta granica, która trwale podzieliła rodziny po obu stronach Olzy i niejako odebrała Zaolzianom szansę na wybór tożsamości. Przypominają mi się wspomnienia J. Buzka, który opowiadał, jak w przebraniu dziewczynki przekraczał granicę na Olzie… Tak naprawdę po zwycięstwie komunistów można było być na Zaolziu Czechem albo nie-Czechem, oczywiście, nie mam na myśli niektórych wybitnych jednostek, ale przeważającą masę społeczności. Współczesna szansa wyboru środowiska nie ma już głębszego znaczenia – wywiady przeprowadzone przeze mnie w ub. roku z uczniami polskojęzycznego gimnazjum w Cieszynie Zachodnim wskazują jednoznacznie, że młodzież pewniej czuje się w kraju pochodzenia, w oswojonym, dobrze znanym sobie świecie. W mojej ocenie polskość na Zaolziu musi stać w ostrej opozycji wobec czeskości, a jak ma taka sytuacja nastąpić w przypadku dzieci z małżeństw mieszanych-heteroetnicznych? Przestaną rozmawiać z ojcem albo z matką?
3. Innym, typowym i niekorzystnym zjawiskiem w środowiskach mniejszościowych, jest brak dostatecznej liczby przedstawicieli lokalnej elity. J. Szymeczek i S. Zahradnik (współcześni działacze polscy) mogą zerwać sobie gardła, zapisać kilometry stron mądrymi zdaniami, ale o politycznym sukcesie decyduje masowość, a tej polskim środowiskom brakuje. Zresztą, Zaolzianie mają chyba dyskretnie przemilczany przez G. Gąsiora kompleks 1938 roku, bowiem do dziś wspominają imigrację kadr z Północy, które po październiku ‘38 budowały polską administrację (autor ma zapewne na myśli „wyścig szczurów” z Polski na stanowiska dobrze płatne na Zaolziu – Red.). Efekt jest taki, że środowiska polskie z RCz jako jedyne nie występowały do MEN o przysłanie nauczycieli. Niestety, trzeba uczciwie przyznać, że kompetencje językowe sporej grupy Zaolzian są zwyczajnie niskie. Rodzi to sytuację, w której absolwent polskojęzycznych placówek uznawany jest w „Ojczyźnie” za Czecha. I niestety, wielu z radością i ulgą przyjmuję tę sytuację…
4. Czwartym czynnikiem jest wspomniany przez G. Gąsiora fakt poczucia polskiej winy za zajęcie Zaolzia w 1938 roku. Część polskich środowisk w swym zamiłowaniu do modelu czechosłowackiego uznało, że oderwanie części polskiego etnicznego terytorium nie stanowi żadnego problemu, zaś w imię dobrej współpracy z Czechami należy uznać, że nigdy nie nastąpił mord w Stonawie (nota bene zabito wówczas brata gen. Hallera), presja wywarta na polskie władze w chwili próby z najeźdźcą bolszewickim i inne podobne czyny. Czechów postrzega się przez pryzmat piwa, humoru i zaawansowanej techniki. Nikomu do głowy nie przyjdzie, że Czech może być szowinistą, który zrywa i zamalowuje dwujęzyczne tablice w Cieszynie Zachodnim, że dziadkowie dzisiejszych mieszkańców pogranicza sudeckiego po wkroczeniu sowieckich wojsk bezpardonowo rozprawiali się z tamtejszymi Niemcami, robiąc z nich żywe pochodnie i grabiąc bez skrupułów; wystarczy prześledzić ustalenia (a raczej punkty rozbieżności) komisji historycznych niemiecko-czeskich.

Opisane przeze mnie cztery najważniejsze elementy depolonizacji Zaolzia nie wyczerpują wszystkich przesłanek tego procesu i pewnie G. Gąsior lub inny historyk chętnie chwycą za pióro i rozwiną prezentowane przeze mnie wątki, niemniej jednak cieszy mnie to, że Redakcji udało się na łamach pisma stworzyć forum do przyjacielskiej, godnej wymiany poglądów, wręcz niejako „biesiady w rodzinie”, choć temat ważny i rozległy. Jak widzę przyszłość Zaolzia? Odpowiem pośrednio: za kilka lat w Cieszynie zawisną tabliczki z napisami po polsku i czesku, bo przeciętny obywatel RP uzna, że dwujęzyczność Zaolzia to serdeczny i braterski gest Czechów… W tym dniu zostanie zrujnowana wieloletnia praca Michejdy, Hadyny i Kubisza (wybitnych bojowników o polskość Zaolzia – Red.), a krajowy system szkolnictwa uzna za niebyłą największą kompromitację w dziejach polskiej państwowości, jaką było przegranie sprawy zaolziańskiej.
----

*) Stonawa – miejsce brutalnego mordu, dokonanego w styczniu 1919 roku na 20 żołnierzach-jeńcach Wadowickiego Pułku Piechoty, walczącego przeciwko wojskom czechosłowackim, które zajmowały wbrew układom Zaolzie; m. in. zabito oficera dowodzącego, którym był Cezary Haller. Zamordowani, ogołoceni z kosztowności, dokumentów i odzieży, zostali pochowani w zbiorowej mogile na miejscowym cmentarzu przez proboszcza Krzystka ze Stonawy. Miejsce zostało należycie upamiętnione dopiero na jesieni 1938 roku. Po wojnie omijane przez dyplomatów PRL, do świadomości społecznej przywrócone dopiero w połowie obecnej dekady.

(PAWEŁ HUT, Instytut Polityki Społecznej UW)

Tekst ukazał się w nr 3 (49) "Buntu Młodych Duchem", przedruk za zgodą Autora 
http://www.bunt.com.pl/index.php?module=Pagesetter&func=viewpub&tid=2&pid=261


 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka