Pamiętamy jeszcze, jak "autorytety" oburzały się, że taką książkę wydaje się pod szyldem IPN - państwowej instytucji, za pieniądze podatników i z Orłem na okładce? Oto czytam na rp.pl:
Gdyby Cenckiewicz i Gontarczyk wydali książkę w komercyjnym wydawnictwie, mogliby liczyć na znaczne zyski [...] - Trzeba jednak pamiętać, że obaj są etatowymi pracownikami IPN, a ich publikacja była wynikiem badań naukowych w ramach pracy w Instytucie - dodaje [rzecznik IPN] Andrzej Arseniuk.
A cała informacja na marginesie głównej: że Cenckiewicz i Gontarczyk za swój trud nie dostaną ani złotówki. Wiadomo, inteligencja pracująca w urzędach państwowych robi - jak za dawnych czasów - dla idei, a nie z jakichś niskich, materialistycznych pobudek. Dlatego na polskich uczelniach będą się mnożyć specjalizacje i kierunki studiów humanistycznych z wykładowym angielskim (niemieckim, francuskim etc.), kształcące świetnych, obcojęzycznych naukowców*. Ci dostaną pensje i honoraria w dolarach albo w euro. Nauka ojczysta będzie z tych ludzi miała taki pożytek, jak z profesora Johna Smitha z Poggabougga University. Tzn. będziemy sobie mogli sprowadzić i przetłumaczyć ich prace.
Historycy z IPN musieli wydać swoje dzieło w Instytucie i to, że się ośmielili, oburza rodzimych "mędrców". Gdybyż tak ci ostatni mieli "za Bóg zapłać" napisać książkę, za którą ktoś wyleje na nich kubły pomyj, hm... No, ale jak ktoś sam stoi z gotowym wiadrem, to się nie będzie przejmował.
PS. Złośliwie bym zapytał, ile w "Wyborczej" zarabiał Maleszka, gdybym nie wiedział, że to tylko jałmużna od humanitarnej redakcji.
---
* Dla jasności: nie mam nic przeciwko uczeniu się w językach obcych czy też pracy za granicą. Obawiam się jedynie sytuacji, w której absolwent nie będzie władał naukową polszczyzną na tyle dobrze, by napisać w tym języku choćby artykuł albo pracę semestralną.


Komentarze
Pokaż komentarze