Tak się zastanawiam, przy okazji wizyty Premiera w Chinach, jak też pracują nasi (ze strony polskiej) tłumacze. Bo wiadomo - Premier może mówić swoje, ale najistotniejsze jest, co powie tłumacz.
Przy tej okazji wspomniałem na pewne - nieodległe - zdarzenie. Otóż w tygodniu poprzedzającym wyścig Formuły 1 w Szanghaju hotel Sofitel zorganizował bankiet, na który została zaproszona Helena. Wybraliśmy się więc oboje - ja zastanawiając się, czy już się w Szanghaju pojawili wszyscy kierowcy, zaś Helena, czy ubrać się bardziej oficjalnie, czy może zwyczajnie (ot - taka różnica między kobietami a mężczyznami).
Rozpoczęła się uroczystość, na środek wyszła liczna reprezentacja biura sprzedaży hotelu, przywitała gości i rozpoczęła bankiet od odśpiewania piosenki (na melodię znanej chińskiej pieśni) zachwalającej hotel. Hmm. Niech będzie, że to napisałem - było to urocze. (Ok. Napisałem).
Po tym występie wokalnym na scenie pojawił się główny menedżer hotelu, obcokrajowiec (to ważna uwaga). Przywitał wszystkich gości, życzył udanych wrażeń w czasie bankietu. Zaś na koniec podziękował swojemu zespołowi, żartując przy okazji, że na całe szczęście on nie musiał śpiewać. Zaśmiało się raptem kilka osób - rozumiejących po angielsku. Dla pozostałych gości - jedna z Chinek tłumaczyła na chiński - jej szef wita wszystkich gości, życzy udanych wrażeń w czasie bankietu i na koniec dziękuje także zespołowi za udany występ i sam żałuje, że nie mógł do nich dołączyć, nie miał jednak czasu na ćwiczenie śpiewu.
Czyż bycie tłumaczem nie jest wspaniałe?
33
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze