Moi rodzice nie są religijni, na żadnych praktykach nie udało mi się ich przyłapać. Zostałem jednak ochrzczony, lecz nie jako niemowlę - miałem 4-5 lat. Może było to podyktowane konformizmem - rodzice obawiać się mogli, że jak odejdą "czerwoni", to przyjdą "czarni", może tym żeby zbyt wiele osób się o tym nie dowiedziało (był jeszcze PRL, byłem chrzczony w parafii poza miejscem zamieszkania) - nigdy na ten temat z nimi nie rozmawiałem i dziś też nie widzę takiej potrzeby.
Moją pierwszą książką była Biblia w obrazkach dla dzieci - dzięki temu znałem wiele opowieści biblijnych.
Chodziłem na religię, przyjąłem pierwszą komunię. Już jednak w 5-6 klasie lekcje religii zaczęły mi się kojarzyć głównie z robieniem sobie jaj z księdza. Prezentowałem coś, co można nazwać postawą antyklerykalną. Wierzyłem równocześnie w Boga i się do Niego modliłem, w dodatku bardzo gorliwie. Do kościoła jednak nie chodziłem.
W liceum na religię chodziłem już tylko i wyłącznie z własnej woli. W pierwszej klasie na polskim była Biblia, którą wtedy zacząłem łapczywie czytać. I wtedy ukształtowała się moja religijność, całkiem solidna i autentyczna - katecheza, modlitwa, często Biblia, czasem msza, szkolne msze i rekolekcje, z własnej inicjatywy przystąpiłem do sakramentu bierzmowania. W III-IV klasie była już słabsza niż w I-II.
Potem to trochę odżyło tuż przed studiami - zainteresowałem się duchowością Tolkiena i C.S. Lewisa (pisarze, którzy poniekąd ukształtowali moją świadomość), po jednej z mszy uradowałem się, że rozumiem, na czym polega Eucharystia. Zaraz potem moje życie wpadło w wir, w którym nie było miejsca na religię. Obejrzałem film o Joannie Gray, jej postawa i męczeństwo sprawiły, że z sympatią zacząłem myśleć o protestantyzmie, ale jednocześnie zacząłem zastanawiać się, że może niebo jest puste.
Przed Wielkanocą poszedłem do spowiedzi. Ksiądz był dla mnie bardzo surowy. Powiedział, że dalsze takie życie to będzie życie bez Boga. Miał rację. Choć do kościoła zdarzało mi się pójść, to nie da sie ukryć, że na studiach odchodziłem od Boga.
Po pierwszym semestrze drugiego roku, zauroczony filozofią Epikura, ogłosiłem się deistą. Znalazłem swoje miejsce na Ziemi, miałem wspaniałych przyjaciół, Bóg nie był mi już potrzebny. Wkrótce jednak ten obraz raju na ziemi zaczął blednąć, a ja straciłem całkiem wiarę i przez kilka miesięcy żyłem tak, jakby Boga nie było.
Na trzecim roku, po pierwszym semestrze, przyszło na mnie kolejne nawrócenie. Była to żarliwa i autentyczna religijność - Biblia, regularne praktyki, wspaniale przeżyta Wielkanoc. Szybko jednak stałem się letni. Doszło nawet do tego, że na msze musiała wyciągać mnie siostra cioteczna.
Chcąc ratować swą wiarę zacząłem chodzić na msze trydenckie. Szybko uznałem że nie tędy droga, że tradycjonalizm katolicki to próba odnalezienia się w formie a nie treści. Natknąłem sie bowiem na artykuły w gazecie Kościoła Nowego Przymierza (sama gazeta zainteresowała mnie z powodów politycznych, ale szybko znacznie bardziej interesujące wydały mi się artykuły na temat wiary) oraz na kazania uliczne pastorów z Kościoła Bożego w Warszawie. Pod ich wpływem zacząłem intensywnie czytać Biblię i poszukiwać informacji o protestantyzmie i jego różnych denominacjach. Wtedy zrozumiałem potrzebę ponownego narodzenia.
Przez pewien czas chodziłem na nabożeństwa do baptystów. Byłem bardzo wdzięczny Bogu, że postawił na mojej drodze ludzi tej właśnie denominacji. Cotygodniowe nabożeństwa były dla mnie prawdziwym "ładowaniem akumulatorów" i źródłem niekłamanej radości. Wkrótce jednak pojawiły się pierwsze trudności - uczestnictwo w nabożeństwach stało się dla mnie cotygodniową rutyną, chodziłem, bo już do tego przywykłem i podobało mi się, brakowało natomiast tego żaru, jaki miałem po nawróceniu. Dziś myślę, że wynikało to z tego, że nie potrafiłem stworzyć prawdziwej wspólnoty z ludźmi ze zboru. Na szczęście, zbór był na tyle dobrze prowadzony, że jakoś sobie z tym poczuciem rutyny radziłem.
Pojawiły się potem kolejne pułapki. Z jednej strony jako neofita byłem bardzo antykatolicki, z drugiej zaś, zacząłem tęsknić za Kościołem w takim wyobrażeniu katolickim - jako rzekomej ambasady Pana Boga na Ziemi. Innym razem moja fascynacja Starym Testamentem sprawiła, że nazbyt w swym życiu lekceważyłem Nowy. Zbaczałem na manowce, widzę to z dzisiejszej perspektywy.
Liczne spory protestancko-katolickie na pewnym forum internetowym przekonały mnie, że wśród protestantów zdarzają się nazbyt często postawy, tak drażniące mnie wtedy w katolicyzmie. Bardzo zniechęciło mnie to do spraw religijnych. Stawałem się coraz bardziej letni, a jednocześnie coraz bardziej odłączałem się od Pana. W pewnym momencie groziło mi nawet, że zacznę tracić wiarę.
Następnie natrafiłem na podcast "Odwyk" Martina Lechowicza i odzyskałem wiarę w chrześcijaństwo poważne, ale radosne, wszechogarniające, ale nie ograniczone, bardzo konkretne, ale nie zamknięte w denominacyjnych ramach. Niestety Martin, choć człowiek niebywale sympatyczny, ma podstawową wadę charakterystyczną dla każdego protestanta - sam jest sobie papieżem. W tej kwestii wziąłem z niego przykład i zacząłem popadać w coraz większe dziwactwa np. uznanie soboty za dzień święty. Resztki wiary jakie we mnie zostały, to były właśnie różne takie dziwactwa. Jednocześnie zacząłem wracać do starych grzechów i doświadczyłem wielkiego upadku. Na szczęście dana mi była łaska nawrócenia
Po lekturze Pisma świętego i własnych przemyśleniach uznałem, że najwłaściwszą decyzją będzie powrót na łono Kościoła katolickiego. Mogło to dziwić, skoro jeszcze niedawno byłem osobą zbliżającą się do ewangelikalnego protestantyzmu i bardzo krytyczną wobec katolicyzmu. Jednak uległo to zmianie.
-stwierdziłem, że praktyki Kościoła katolickiego nie są niezgodne z Biblią, ale jedynie z pewnymi interpretacjami Biblii.
-uzupełniającym Pismo źródłem Objawienia jest Tradycja. Jak się okazuje, również nie jest ona sprzeczna z Biblią, sprzeczne są tylko jej zwyrodnienia. Np. nieporozumieniem jest patrzenie totalnie negatywnie na "kult świętych" - dostrzegłem to na przykładzie średniowiecznej modlitwy do św. Wita, która de facto nie jest modlitwą do świętego, ale do Boga, modlący się powołuje się tylko na parenetyczny przykład świętego. Podobnie z kultem maryjnym - Ojcowie Kościoła krytykowali wynaturzenia kultu maryjnego, ale nie negowali go jako takiego.
-Zbawienie z uczynków? Zbawienie mamy z wiary, ale widomą jej oznaką są właśnie uczynki. Właśnie dlatego ich rola jest ogromna.
-Sakramenty. To Kościół katolicki zachował sukcesję apostolską. To w katolickiej mszy chleb i wino przemieniają sie w ciało i krew Chrystusa. Na nabożeństwie protestanckim możemy mękę Pana jedynie powspominać. Spowiedź uszna daje gwarancję większego uporządkowania. Co do celibatu opowiadam się za rozwiązaniami przyjętymi w Kościołach wschodnich.
-Ktoś może zarzucić, że JPII całował Koran i modlił się z poganami w Asyżu, a BXVI modli się w meczecie i wbrew Biblii potępia karę śmierci. Cóż, równie dobrze można wypomnieć niektórym Kościołom protestanckim kobiety-"kapłanów" i "biskupów"-sodomitów. Boleję nad kryzysem w Kościele i krytycznie spoglądam na ostatnie pontyfikaty. Sympatyzuję z tradycjonalistami, którym takie rzeczy też się nie podobają. Poza tym papieże są nieomylni jedynie ogłaszając ex cathedra nowe dogmaty, a to zdaje się wydarzyło się od XIX wieku zaledwie jeden raz.
-Wbrew pozorom, z katolikami mogę rozmawiać o tym, z czym rozmawiałem z protestantami - o czasach ostatecznych, o 17. rozdziale Apokalipsy, o zagrożeniach związanych z objawieniami "maryjnymi".
-Msza trydencka - najpiękniejsze, co może być po tej stronie nieba.
Takie naszły mnie wtedy przemyślenia - wprawdzie tu i ówdzie w nich coś zgrzyta, ale od tego czasu "dotarły"się. Być może taki był Boży plan wobec mnie - abym znalazł się na granicy apostazji, po to, abym mógł w pełni odnaleźć się w Kościele.
Swego czasu byłem bardzo zbuntowany wobec katolicyzmu. Ale obserwując go niejako od zewnątrz, poczułem, że Boga i tak prędzej znajdę w Kościele katolickim niż we wspólnotach protestanckich. Jestem wdzięczny Panu za to doświadczenie, bo być może dzięki tej jakże pogmatwanej drodze odnajdę swoje miejsce w Kościele.
Na nabożeństwach protestanckich nieraz czułem obecność Ducha Świętego, ale niestety drodzy Bracia i Siostry - wasze Kościoły nie mają sukcesji apostolskiej, nie istnieją też u Was sakramenty (poza chrztem, bo Wieczerza Pańska to nie Eucharystia - wszak nie wierzycie w obecność Jezusa w opłatku eucharystycznym, małżeństwa zdaje się też większość protestantów nie uważa za sakrament).
Kościół katolicki zapewnia nam ten największy duchowy skarb - Ciało Chrystusa.
Sakramenty uważam za tak ważne, ponieważ sama wiara nie wystarczy by ustrzec się grzechu. Szczerze wierzyłem, czytałem Biblię z ogromnym zapałem, ale wciąż upadałem, grzeszyłem straszliwie. Człowiek pozbawiony dostępu do sakramentów jest w zasadzie w bardzo przykrej sytuacji...
Sprawa Wielgusa czy też inne skandale mogły zachwiać zaufaniem do hierarchów katolickich. Ale oni są tylko ludźmi. Grzesznymi ludźmi. Kościół Święty to coś znacznie więcej niż hierarchia.
Bloga zakładam, aby dzielić się z innymi użytkownikami internetu swymi przemyśleniami na temat chrześcijaństwa, religii i szeroko pojętej duchowości. Jednocześnie będzie on funkcjonował na serwisach blox.pl i salon24.pl - jako że nie każdy, kto bywa na bloxie czyta też Salon i vice versa.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)