Miałem właśnie wizytę księdza "po kolędzie". Symptomatyczne jest już to, że odbywa się ona teraz, już w Wielkim Poście, kiedy czas Bożego Narodzenia dawno już minął. Jest to skutek nie tylko wyjątkowo krótkiego w tym roku karnawału, ale też pewnych spraw, o których chciałbym dziś napisać.
Na nasze życie w Kościele wpływa niestety w znacznym stopniu tryb naszego codziennego, wielkomiejskiego życia. Wiecznie jesteśmy zabiegani, wiecznie na coś czasu brakuje. Niektórzy traktują "kolędę" wręcz jako swoisty problem, który mają na głowie, zamiast jako coś odświętnego. Właśnie tryb naszego życia, wymuszany na nas przez świat, w którym żyjemy, sprawia, że "kolędy" rokrocznie się tak przeciągają. Trudno bowiem wymagać, aby księża chodzili z duszpasterskimi wizytami w dni powszednie - wszyscy są wtedy w pracy, albo mają jakieś inne zajęcia.
Zapewne wielki wpływ mają też czynniki organizacyjne - zbyt mała liczba księży w niektórych parafiach, czy też zbyt duże obszary tychże parafii. Zresztą te "czynniki organizacyjne" wpłynęły i na moją "kolędę" - wizyta była wyjątkowo krótka, bowiem ksiądz spieszał się na Mszę, którą miał zaraz odprawiać. Mimo to, nie była to wizyta "odbębniona" czy też wymuszona. Była to wspaniała okazja do modlitwy, a także do rozmowy z duszpasterzem.
Bo jest coś wspaniałego w owych "kolędowych" wizytach - są one okazją do utwierdzenia się w łączności z naszą parafią i wszystkimi parafianami. A także z naszym proboszczem, biskupem - i idąc tak hierarchicznie w górę - Ojcem Świętym i całym Kościołem.



Komentarze
Pokaż komentarze