NIEWRACAJĄCY
Ignacy Reiss to naprawdę Natan Porecki, urodzony w noworoczną niedzielę 1 stycznia 1889 roku w galicyjskich Podwołoczyskach nad Zbruczem, w zamożnej żydowskiej rodzinie kupieckiej. Prawnik po Wiedniu, poliglota, człowiek o nienagannych manierach. Idealny werbownik. Pracował we Lwowie, Berlinie, Wiedniu, Pradze, Amsterdamie, w latach 1933-1937 był już rezydentem INO NKWD w Paryżu.
I właśnie to go zabiło. Wiedział za dużo, za dużo.
Paranoja: lipiec 1937
Wyobraź sobie Paryż. Wielka Czystka w Moskwie. Codziennie znikają ludzie, których znałeś z Łubianki. Twoi kuratorzy wzywają cię telegramem.
17 lipca 1937 Reiss dostaje wezwanie do ambasady sowieckiej w Paryżu. "Pilne konsultacje w Moskwie". To zdanie w 1937 roku znaczyło wyrok śmierci. Odmówił.
Wtedy zrobił rzecz szaleńczą - napisał list otwarty do Komitetu Centralnego WKP(b). O demaskacji stalinizmu, o zdradzie rewolucji. Przekazał go do publikacji przez trockistowski "Biuletyn Opozycji" Lwa Siewowa, syna Trockiego. I zostawił kopię w ambasadzie na ręce Lidii Grozowskiej, nie wiedząc, że ona sama jest agentką NKWD.
Od tego momentu stał się niewozwraszczeniem.
Termin - невозвращенец - to nie był slang. To była kategoria prawna od 1929 roku. Po uchwale o "wyjęciu spod prawa obywateli, którzy uciekli i dołączyli do wrogów". Wyrok: 10 lat Gułagu lub śmierć, nawet jeśli cię złapią za granicą.
Egzekucja: Chamblandes
NKWD nie wybaczało niewozwraszczeńcom, bo bali się jednego: że opowie.
Scenariusz, to podręcznikowa operacja likwidacyjna:
1. Przynęta emocjonalna: Gertruda Schildbach, niemiecka komunistka, agentka, stara znajoma Reissów. Płacząca, prosząca o spotkanie, o pomoc. Reiss wiedział, że nie powinien iść. Poszedł. 2. Kolacja za miastem: Lozanna, restauracja pod Lozanną. Potem spacer drogą do Chamblandes. 3. Samochód: Podjeżdża. W środku François Rossi i Etienne Martignat, a według późniejszych ustaleń także Rolan Abbiate i sam szef nielegalnej rezydentury Władimir Prawdin. Seria z pistoletu maszynowego. 7 kul w głowę, 5 w korpu. To nie była egzekucja, to była demonstracja. Mamy cię zabić tak, żeby inni defektory zrozumieli. 4. Dezinformacja: Ciało z czeskim paszportem na Hansa Eberhardta. Szwajcarzy już znali to nazwisko, bo ktoś wcześniej anonimowo doniósł, że Eberhardt to "poszukiwacz przygód, handlarz narkotyków i walutą". Donos wysłało samo NKWD, na wypadek gdyby Reiss wpadł. Klasyka - zatruć akta.
I ten detal, który zawsze mrozi krew: w pokoju hotelowym zabójców w Lozannie policja znalazła pudełko czekoladek ze strychniną. Dla Elsy i małego Romana. Bo w logice Moskwy zdrada jest dziedziczna.
Przyjaciel, który przyjechał z telegramem z Amsterdamu, to Walter Krivitsky, kolejny sowiecki rezydent, kolejny przyszły niewozwraszczeniec. On też wiedział, że jest następny. W 1941 znaleziono go martwego w hotelu w Waszyngtonie.
Dlaczego to jest archetyp paranoicznego thrillera?
Bo Reiss zabił się sam dwoma listami. Pierwszym - do Stalina. Drugim - którego nigdy nie napisał - listą nazwisk, dat, siatek w Anglii. NKWD nie mogło ryzykować, że to sprzeda Francuzom.
Bo zabójczyni, Schildbach, po 8 miesiącach więzienia w Szwajcarii, naprawdę pojechała do ZSRR. Dobrowolnie. Bo wierzyła, że ją nagrodzą. Zniknęła w obozie.
Bo w tej historii każdy jest podwójny. Siergiej Efron, mąż Mariny Cwietajewej, który kierował w Paryżu "Związkiem Powrotu do Ojczyzny" - przykrywką dla werbunku NKWD, też był zamieszany w przygotowanie zamachu. Rok później sam został rozstrzelany.
Reiss to pierwszy. Po nim będą to powtarzać na Andreu Ninie w Hiszpanii, na Lwie Siedowie w Paryżu, na Trockim w Meksyku. Chamblandes to próba generalna.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)