Październik. Polesie. Mikaszewicze. 1919 rok
Stacja kolejowa w niczym nie przypomina granicy państwa. To koniec świata. Drewniany dworzec, dwa rozmiękłe perony, magazyn torfu, bagno które wsysa podkłady kolejowe i parowóz stojący w mgle jakby od zawsze. Przed wojną - węzeł. Teraz - dziura między dwiema armiami, gdzie nie obowiązują mapy.
Oficjalnie Mikaszewicze to punkt wymiany jeńców i poczty. Nieoficjalnie - jedyne miejsce, gdzie Warszawa może porozmawiać z Moskwą, żeby nikt w Paryżu, Londynie i we własnym Sejmie się nie dowiedział.
Kpt. Ignacy Boerner, legionista, osobisty wysłannik Naczelnika, wysiada z wagonu 2 klasy z jedną walizką. W walizce nie ma dokumentów. Cały rozkaz Piłsudskiego ma w głowie. I to go doprowadza do szału.
Rozkaz brzmi tak:
Powiedz Marchlewskiemu, że Polska nie pójdzie za Berezynę. Nie teraz.
Ma to usłyszeć Julian Marchlewski - polski szlachcic, komunista, człowiek Lenina, który przyjedzie z drugiej strony drutów drezyną z Łunińca. Ma uwierzyć, że Piłsudski zostawi bolszewikom oddech.
Ale Boerner wie, że oddech oznacza wyrok śmierci dla kogoś innego. W tym samym momencie na południu Armia Czerwona bije się z Denikinem. Białym generałem, którego popiera cała Ententa. Jeśli Polacy staną nad Berezyną i nie uderzą - Sowieci będą mogli zdjąć dywizje z frontu polskiego i rzucić je na Denikina. Rozbić go. A potem...
Potem wrócą po nas.
I to jest istota paranoi w Mikaszewiczach.
Bohaterowie w błocie
BOERNER - 44 lata. Socjalista, konspirator, matematyk. Piłsudski mu ufa bezgranicznie. Ale w Mikaszewiczach zaczyna rozumieć, że dostał rozkaz, którego nie można zapisać, nie można wykonać i nie można nie wykonać. Każdy w Warszawie, od Dmowskiego po generała Szeptyckiego, uzna go za zdrajcę, jeśli się wyda.
MARCHLEWSKI - wysłannik Lenina. Łysy, w binoklach, kaszlący od tytoniu. Mówi po polsku lepiej niż Boerner. Przywozi ofertę rozejmu, ale jego prawdziwe zadanie to wybadać: czy Piłsudski blefuje? Lenin nie wierzy Polakom. Uważa, że to podstęp Anglików.
POR. ZALESKI - fikcyjny. 23 lata, z II Oddziału Sztabu Generalnego, tłumacz i szyfrant Boernera. Nasz punkt widzenia. Ma pilnować, czy w polskim patrolu nie ma bolszewickiej wtyczki. I jednocześnie ma pilnować Boernera, bo Oddział II nie ufa socjalistom Piłsudskiego. W kieszeni nosi ulotkę komunistyczną znalezioną w plecaku własnego żołnierza: "Żołnierzu polski, nie idź na Moskwę!".
Wszyscy podsłuchują wszystkich.
Jak wygląda ten thriller?
24 października, dzień pierwszy. Rozmowy zaczynają się nie w sali, a w bydlęcym wagonie odstawionym na bocznicę, dokładnie na linii rozejmowej. W środku stół z desek, dwie lampy naftowe, piecyk który dymi. Na zewnątrz - polscy i bolszewiccy wartownicy stoją plecami do siebie, 20 metrów od siebie, w błocie po kostki.
Marchlewski przychodzi z teczką pełną gazet "Prawda". Boerner przychodzi z niczym. Pierwsze zdanie Boernera, które ma zmienić historię wojny domowej w Rosji:
"Naczelnik Państwa nie wyda rozkazu przekroczenia linii Berezyny."
Marchlewski milczy. Zapisuje ołówkiem. To jest to, na co czekał Kreml. To oznacza, że mogą zdjąć 43 tysiące bagnetów znad Berezyny i rzucić na Orzeł, przeciwko Denikinowi.
Ale Boerner natychmiast dodaje warunki Piłsudskiego. I tu zaczyna się targ jak na bazarze w Łucku:
1. Nie ruszycie Petlury. Ukraina ma zostać buforem. 2. Oddacie Dyneburg Łotyszom. Chcemy mieć Łotwę jako sojusznika na północy, nie was. 3. Koniec z waszą agitacją w moim wojsku. Mam u siebie bolszewików w mundurach i mam ich dość.
Marchlewski śmieje się. Mówi: "Towarzyszu kapitanie, wy chcecie żebyśmy byli bardziej polskimi patriotami niż wy sami."
Tydzień drugi - paranoja. Porozumienie wisi na włosku. Z Warszawy przychodzi zaszyfrowany radiogram: "Londyn pyta o Mikaszewicze. Zaprzeczajcie." Francuska misja wojskowa w Warszawie już wie. Ktoś z polskiego MSZ puścił farbę.
Zaleski odkrywa, że jeden z kolejarzy na stacji, niejaki Sawicki, codziennie nadaje z prowizorycznej radiostacji w tartaku. Dla kogo? Dla Czeka? Dla II Oddziału? Dla Francuzów?
Marchlewski nagle znika na dwa dni. Wraca przeziębiony, twierdzi że był chory. Ale Zaleski widział ślady błota na jego butach - szedł od strony polskiej. Kto się z nim spotkał w nocy w lesie?
Boerner zaczyna wątpić we wszystko. A co jeśli rozkaz Piłsudskiego to nie geopolityczna szachownica, tylko osobista zemsta? Piłsudski nienawidzi Denikina, bo Denikin to carski generał, który chce Rosji "jednej i niepodzielnej" - czyli z Warszawą jako gubernialnym miastem. Woli Lenina, bo Lenin przynajmniej obiecuje Polsce niepodległość. Ale czy to nie jest obłęd? Ratować bolszewików, żeby pobili białych?
Połowa listopada - finał. Porozumienie zapada bez podpisów. Uścisk dłoni w wagonie. Żadnego papieru. Tak chciał Piłsudski. "Słowo oficera".
Tej samej nocy Sowieci ładują dywizje na wagony i jadą na południe. Trzy tygodnie później Denikin zostaje rozbity pod Woroneżem i Orłem. Biała Rosja upada.
Na peronie w Mikaszewiczach Boerner patrzy na odjeżdżającą drezynę Marchlewskiego. Zaleski podchodzi i mówi: "Panie kapitanie, wygraliśmy czy przegraliśmy?"
Boerner nie odpowiada. Wie, że właśnie kupił Polsce 8 miesięcy. I że za 8 miesięcy ci sami bolszewicy, których dziś uratował, staną nad Wisłą.
Ostatni kadr: Zaleski znajduje w wagonie po Marchlewskim zostawioną gazetę "Prawda". Na marginesie, po polsku, ołówkiem, ktoś napisał: "Dziękujemy. Do zobaczenia w Warszawie."
Mgła nad Łanią zasnuwa tory.


Komentarze
Pokaż komentarze