Paweł Łęski Paweł Łęski
30
BLOG

AZEF

Paweł Łęski Paweł Łęski Kultura Obserwuj notkę 1

AZEF


Berlin. Kantstrasse 126. Kwiecień 1918.


Umiera pod cudzym nazwiskiem. Alexander Neumayr. Nerki. W pokoju śmierdzi jodoformem i tanim tytoniem. Na stoliku leży pruska gazeta. Nagłówek: REWOLUCJA W ROSJI.


Śmieje się, aż zaczyna kaszleć krwią. Rewolucja. Bez niego.


Zamknij oczy, Jewno. Przypomnij sobie, jak to się robiło.


Petersburg. 15 lipca 1904. Godzina 9:47.


Upał leje się z nieba jak smoła. Powietrze stoi. Jewno Fiszelewicz Azef siedzi w cukierni na prospekcie Izmailowskim i pije herbatę, która jest za gorzka.


Nigdy sam nie rzucał bomby. To była jego zasada. Ręce przywódcy muszą pozostać czyste.


Za oknem, na rogu, stoi Jegor Sazonow. Chłopak ma dwadzieścia pięć lat, twarz anioła i bombę owiniętą w gazetę. Jest blady ze strachu i podniecenia. Wierzy, że dzisiaj zabije tyrana dla ludu. Wierzy też, że Azef go ocali.


Dwie przecznice dalej, w dorożce, siedzi agent Ochrany, pan Dubasow. Dostał wczoraj w nocy liścik. Anonimowy. "Jutro, około dziesiątej, na Izmailowskim. Będzie gorąco. Raskin."


Raskin to on. Kryptonim, który sam sobie wybrał.


Azef miesza cukier. Ręka mu drży. Nie ze strachu. Z kalkulacji.


Jeśli Plehwe zginie, eserzy wyniosą go na ołtarz. Zostanie bogiem Organizacji Bojowej. Dostanie pełny dostęp do kasy partyjnej i do wszystkich nazwisk.

Jeśli Sazonow zostanie aresztowany przed zamachem, Ochrana mu podziękuje i wypłaci tysiąc rubli premii, ale w partii zaczną szeptać. Dlaczego znowu wszyscy wpadli, a gruby Jewno wyszedł cało?


Musi więc pozwolić, żeby Plehwe zginął. I musi pozwolić, żeby Sazonow wpadł, ale dopiero sekundę po wybuchu.


Jedna bomba musi zabić dwóch ludzi. Ministra i zamachowca. A on musi przeżyć obu.


9:55. Powóz ministra spraw wewnętrznych Wiaczesława Plehwego skręca w prospekt. Konie idą stępa. Woźnica w liberii.


Azef widzi wszystko jak przez szkło powiększające. Widzi spoconą twarz Sazonowa. Widzi jak chłopak robi krok do przodu. Widzi jak Dubasow w dorożce nerwowo poprawia kołnierzyk, bo nie wie czy interweniować.


I wtedy Azef robi jedyną rzecz, jaką potrafi robić doskonale. Nic.


Nie daje znaku Sazonowowi. Nie daje znaku Dubasowowi.


Pozwala, żeby historia się wydarzyła.


Wybuch nie jest głośny. Jest głuchy, jakby ktoś zatrzasnął drzwi w piwnicy świata. Powóz Plehwego podskakuje. Konie rżą. Szyby w cukierni drżą. Krzyk.


Sazonow leży na bruku, ranny, ale żywy. Plehwe nie żyje. Rozerwany.


Azef wstaje, rzuca kopiejkę na stolik i wychodzi tylnym wyjściem. W zaułku wymiotuje. Nie z emocji. Z ulgi.


Wieczorem w konspiracyjnym mieszkaniu na Fontance będzie pił wódkę z ocalałymi towarzyszami i płakał nad losem Jegora. Jutro rano w tajnym lokalu na Mojce odbierze od Dubasowa kopertę z pieniędzmi za "niepełne informacje" i będzie klął, że nie zdążył ostrzec.


Przez piętnaście lat nikt nie zauważył, że to ten sam człowiek płacze i ten sam człowiek kasuje.


Paryż. 1908. Hotel Regina.


Władimir Burcew, łysy, obsesyjny dziennikarz rewolucji, kładzie przed nim na stół plik papierów.


"Jewno Fiszelewiczu. Mam zeznania Łopuchina. Byłego dyrektora Departamentu Policji. Potwierdził, że Raskin to wy."


Azef nie patrzy na papiery. Patrzy na drzwi. Zawsze patrzył na drzwi. Ile razy w życiu siedział plecami do ściany, licząc wyjścia?


"To prowokacja Ochrany, towarzyszu Burcew. Chcą nas skłócić."


Mówi to spokojnie. Grubym, pewnym głosem przywódcy. W środku czuje tylko jedno. Zimny, metaliczny smak. Koniec gry.


Wie, że za pół godziny przyjdą. Gerszuni, Sawinkow. Z rewolwerami. Z sądem partyjnym. Będą chcieli go powiesić na haku w piwnicy jak wieprza.


Burcew wychodzi. Azef zostaje sam. Ma dwanaście minut.


Nie bierze pieniędzy ze stołu. Nie bierze dokumentów. Bierze tylko kapelusz.


Wychodzi kuchennymi schodami dla służby, tam gdzie wynoszą obierki. Zawsze znał kuchenne schody. W każdym domu, w którym był.


Na dole czeka już jego żona, Ljubow. Jedyna osoba, która wiedziała wszystko i nigdy nie zapytała po co.


"Udało się?" pyta.


Azef kiwa głową. Po raz pierwszy od piętnastu lat nie kłamie. Udało się. Przeżył.


Berlin. Teraz.


Kaszel cichnie. W pokoju jest coraz ciemniej.


Puka pielęgniarka. Niemka. "Herr Neumayr?"


Nie odpowiada. Herr Neumayr już nie istnieje. Jewno Azef też nie.


Zostaje tylko puste miejsce po człowieku, który tak długo był dwoma ludźmi naraz, że zapomniał jak to jest być jednym.


Na zewnątrz, na Kantstrasse, ktoś rzuca ulotkę.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj1 Obserwuj notkę

There have been many comedians who have become great statesmen and vice versa.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura