81 obserwujących
1312 notek
995k odsłon
748 odsłon

#14 Post Zbyszka wg Dąbrowskiej - Porażka

Wykop Skomentuj34

image


Wczoraj, w niedzielę, zakończyłem swój post Zbyszka wg Dąbrowskiej. Ponieważ mój post trwa tylko jeden dzień, więc - de facto - zakończyłem go po raz 14 od poniedziałku dwa tygodnie wcześniej. Nie zamieszczałem relacji ani refleksji na temat postu, bo niestety zrobiło się przykro i nieprzyjemnie. Więc... o czym tu pisać.

Gdy trudności dopadają człowieka, to z reguły leci on po pomoc. Ogłasza wszem i wobec, co mu doskwiera, jaki ból czy przykrość, że źle, że popatrzcie, że pomóżcie. Zbychu ma taką konstrukcję, że się wycofuje do swojej skorupy, zamyka szczelnie drzwi, żeby nikt nie widział i jest, czeka, aż minie.

W czym był/jest problem? No pewnie w tym samym, co kiedyś, tylko mocniej. Po prostu zbiera mnie na wymioty na widok warzywek. Sam ich zapach wywołuje dziwne pląsy żołądka. Każdy kęs staje się wyzwaniem. Będące stałym odczuciem dnia, wrażenie nudności, jest zupełnie okropne. Doszło do tego, że próbowałem na siłę zjeść uparowanego kalafiora. Włożyłem porcję do ust, poczułem ten wstręt do jedzenia, niepomny zmieliłem zębami miękką zawartość i już... próbowałem wepchnąć ją do gardła, gdy organizm powiedział - Chłopie... oszalałeś? Zgłupiałeś najwyraźniej, więc przejmuję sterowanie. Wybacz! - i... zawartość jamy ustnej znalazła się z powrotem na talerzu. I całe szczęście, bo gdyby nie miłosierny bunt układu nerwowego, to mogłaby się tam znaleźć zawartość żołądka.

Dwa dni jadłem tylko jeden raz - trochę rzeczy surowych, na więcej nie miałem siły. Forma i nastrój uległy obniżeniu, jeden czy dwa dni czułem się po prostu byle jak, pod każdym względem. Teraz, zostało to uporczywe, wstrętne, odczucie nudności. Fe! Forma psychofizyczna jest na poziomie może nieco powyżej sprzed postu, ale emocjonalnie z powodu tych nudności, jest naprawdę słabo.

- To dlaczego tego nie rzucisz? Czemu powtarzałeś ten post dalej?

Nie wiem. Nie mam żadnego celu do osiągnięcia, jakiegoś zamierzonego dystansu. Wkurza mnie to, jak jest źle i jestem uparty. Dlatego nie odpuszczałem. Znów - taki charakter.

Ale... śnię ostatnio o ziemniakach i wyobrażam sobie, co to będzie, gdy nie będę już musiał jak krowa albo koń, żreć tych wstrętnych warzywek. Widzę te placki ziemniaczane, smażone przez mamę - mama to jest u każdego człowieka takie coś, co się ze wszystkim dobrze jakoś kojarzy - są soczyste, ciepłe... mają chrupką, brązową skórkę. Przymykam oczy... Kęs... Potem następny, następny, następny, aż cudowne uczucie pełności powie mi, że dosyć. I będę samą szczęśliwością napełnioną plackami ziemniaczanymi. A jak mamy nie będzie to może nawet piwo do tego. Jakie? Bo ja wiem. Może czarne, gęste, intensywne, taki żywiec porter - palce lizać. Ale może być i lżejsze, jaśniejsze, bo placki same z siebie wcale lekkie nie są. Są właśnie cudownie, niezmierzenie, niesamowicie intensywne.

Tak wiem. Tuczą. Są złe. Nie smaży się ziemniaków na smalcu czy oleju. Wszystko na nic. Chrzanić wszystko, te placki to cud i człowiek - jak jest prawdziwym - teraz moda na prawdziwych i nieprawdziwych - człowiekiem - ich pragnie. Tak jak pragnie innych rzeczy. Weźmy pyzy. Okrągłe. Takie optymistyczne. Zdają się od razu mówić - Życie jest piękne, skosztuj nas. Więc maczamy w tłuszczyku ze skwaruszkami - nic tak nie tuczy jak połączenie węglowodanów z tłuszczem - może nawet z cebulką przysmażoną i... wkładamy do ust. I cały świat zaczyna wyglądać w kolorach tęczy, w kolorach optymizmu. I wszystko jest lepiej. I brzuch śle delegację, za delegacją do układu nerwowego z podziękowaniami za te cudowne doznania.

Pierogi ruskie, to jeszcze trochę mąki, ale niech tam. Przysmażone na smalczyku albo nagrzane na parze, które lepsze?, chyba przysmażone, wiem, szkodliwe, kroi się je widelcem, pełny odlot, pełna lewitacja, smak, rozkosz, szczęście, na chwilę, ale zawsze.

Więc rzeczywistość smaków stała się ponura, stąd zdębiały umysł produkuje takie obrazki, marzenia, postanowienia, wizje przyszłości. Ja wiem, że to wszystko jest strasznie szkodliwe. Że strasznie, ale to strasznie. Ba...

Ze spraw technicznych, to próbowałem się jakoś ratować. Wpierw przez ograniczenie jedzenia. Śniadanie i nic więcej. Na śniadanie warzywka na surowo. Głównie marchewka i jakaś sałata. Efekty? Brak. Zdesperowany sięgnąłem po opcję atomową. Tę straszliwą w swojej sile oddziaływania, przerażającą w zastosowaniu, wywierającą największy znany mi efekt na wszystko, co istnieje - tak, znów żułem ziele angielskie.

Rzecz nie w samym tylko zielu, ale w sposobie z nim postępowania. Włożyłem kulkę, chyba było za mało, i żułem. Człowiek powolutku ugniata zębami te dziwną substancję. Ona się poddaje i w kontakcie ze śliną zaczyna wydzielać z siebie tajemnicze, sobie tylko znane własności, substancje, środki. Szczęka lekko drętwieje, w pełni to dopiero od dwóch kulek, gardło drapie, przez błony i skórę, do krwiobiegu dostają się nieznane i niezbadane substancje. Z najgłębszego dołka nudności, to mnie wyciągnęło, więc teraz jestem na tyle "na chodzie", że mogę napisać notkę.

Może jeszcze pożuję. Może kiedyś - dzisiaj? - nie rozpocznę nowego jednodniowego postu?

Spadek wagi jest w sumie ponad oczekiwania. Po 14 dniach wyniósł 8 kilogramów. To dużo, ale to zasługa pierwszych dni. Utraty wody i zawartości jelit po okresie obżarstwa. Teraz ok. 0,5 kg dziennie. Może przesadzam, ale coś koło tego. W sumie ta forma psychofizyczna, gdyby nie dolegliwości smakowo-nudnościowe, okazuje się być niezła, bo sporo pracowałem i napisałem w międzyczasie dwa dłuższe teksty. Jeden o naturze relacji międzyludzkich {TUTAJ}, a drugi o tym, co zajmuje obecnie większość mojego czasu, czyli o tworzeniu i publikowaniu mojego audiobooka {TUTAJ}. Zrobiłem nawet w ubiegły wtorek spacer. Długość? - 16 kilometrów. Czas? - cztery godziny marszu. Więc fizycznie "lipy" nie było.

Zdjęcie tytułowe, to zdjęcie mojego typowego śniadania. Oprócz tego śniadania jem tylko obiad. Żadnych kolacji. Surowe idzie mi dobrze, ale to gotowane już kiepsko. Pomny na dolegliwości i próbując się jakoś - znów - ratować, włączyłem do jadłospisu niewielkie ilości owoców. To znaczy zjadam wraz z warzywami mniej więcej pół kiwi dziennie. Za mało? Za dużo? Nie wiem. Coś muszę w jadłospisie zmieniać, bo choć jestem uparty, to wytrzymałość ludzka ma jakieś granice.

Zrobiłem oczywiście zakwas z buraków. Pamiętam ile z tym było zachodu dawniej. Że potrafił zapleśnieć i tyle wkurzenia z tego powodu. Podstawowy i propagowany nieskończoną ilość razy w internecie błąd - "Zakwas musi oddychać". Szczyt głupoty. Zakwas nie powinien oddychać. Więc zakręcam szczelnie słoik. Jeden odkręcałem odrobinę dwa razy na 7 dni. Drugi stał 12 dni. Oba zakwasy czyste, smaczne, rewelacja. Uwaga dla robiących, większa ilość czosnku powoduje większą emisję dwutlenku węgla. Jak zakwas będzie zakręcony, a czosnku dużo, to się zrobi "gazowany". No ale to kwestia smaku.

I to chyba na tyle. 14 kolejnych dni postu za mną. Chciałem, żeby ten post, to był jeden pochód "Viktorii", radosne rozkoszowanie się przyjemnością z postu. Jednak dla mnie, ten post ma i ciemne, trudne strony. Piszę jak jest. Bez owijania w bawełnę. Nie rozumiem tych swoich skłonności i marzeń o ziemniakach, ale je mam. Tak jak każdy nas ma jakieś marzenia. No... może nie tak przyziemne.

Wszystkim czytającym
życzę radosnego i twórczego tygodnia. Poszczącym, wytrwałości w realizacji celów i poprawy zdrowia. Sobie? Nie wiem czego sobie życzyć. Życie jest drogą, na której spotykamy różną pogodę. Rozum podpowiada mi, by zacząć kolejny dzień. By jeszcze raz spróbować. Zobaczę. Oprócz serca zdanie rozumu też biorę pod uwagę. Chyba jak my wszyscy.



------------------------------------------
Inne teksty z tego i wcześniejszego postu {TUTAJ}

Wykop Skomentuj34
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości