75 obserwujących
1266 notek
953k odsłony
11290 odsłon

"Bieguni" - Olgi Tokarczuk

Wykop Skomentuj181

Generalnie jest to dziwna książka. Najprościej byłoby ją zrównać z ziemią, ubić tłuczkiem, rozsypać na wiatr z przesłaniem ulgi, że nie trzeba jej więcej oglądać czy napotykać. Można by ją jeszcze umieścić na stosie ksiąg ubłoconych, tępych, głupich, szkodliwych i nudnych. Można wszystko, tylko czy trzeba?

Zacząłem czytać, bo tak kiedyś postanowiłem i tak kiedyś zapowiedziałem. Nie rozumiem ludzi mieszkających w teraźniejszości, choć przecież tak reklamowana jest przez wszystkie ekrany świata i sympatycznego "apostoła" w osobie Eckharta - tak naprawdę miał inne imię, o wiele bardziej przyziemne - Tolle.

Nie rozumiem tego uczepienia się obecnej godziny, najnowszego newsa, wiadomości dnia. W ten sposób, medialny moloch, stugłowy lewiatan obdziera nas. Z czego? Ze wszystkiego, bo dzień później nie ma tego, cośmy z taką uwagą przyswajali i wchłaniali. Staliśmy się jak worki. Odkurzacze łapczywie pochłaniające i widzące swymi "oczami", tylko to, co im ktoś przed te oczy, dziś - położył.

I może w ten właśnie sposób trafiamy w labirynt liter "Biegunów", do tej książki o kilkuset stronach, może stu rozdziałach, czy to właściwie rozdziały? I tam jesteśmy, nieświadomi, w pogoni, w podróży, do dziś, do teraz, bezwładnie łykający. Co? Nic.

To może jest jakieś schorzenie, ale u mnie - jak się mawiało dawniej - słowo droższe pieniędzy, więc gdy powodziowa fala teraźniejszości, już dawno zapomniała o noblistce, ja - nie zapomniałem. Bo jeśli będziemy tacy całkiem płynni i elastyczni, jak tego wymaga świat, to staniemy się gumą, do stanika, do majtek, do żucia, cóż za głupie skojarzenia.

Wszystko zaczyna się w miarę dobrze i lekko. Przeskakujemy za Autorką, po tematach i wrażeniach. Rozpędzamy się od pierwszych stron nie skrępowani regułami, zasadami, wymogami. Gdy z tego rozedrgania wpadamy na Kunickiego, co na tej wyspie, to robi się jeszcze ciekawiej. Inna narracja, inna osoba i czas. Może tajemnica niedopowiedziana. Może zwykłe ludzkie cierpienie i strach.

Ale nie zostajemy z Kunickim, o nie. Nie u Olgi Tokarczuk i nie w "Biegunach". Bieguni biegną, jak akapity i rozdziały tej książki, opętani szaleństwem, wydrążeni strachem, wyzbyci wiary, nadziei i - chciałoby się dopisać - miłości - ale nie, tu chodzi o coś innego, o przynależność.

I dlatego właśnie kilkaset stron dalej Anuszka wychodzi z mieszkania i jedzie metrem. I jedzie. Nie jedzie dokądś - to chyba największa tajemnica "Biegunów". Jedzie wyłącznie skądś. Ale dokąd? - zapytamy natarczywie. Donikąd - padnie prawdziwa odpowiedź. Bo bycie w podróży Olgi Tokarczuk, to bycie - nigdzie. Bez punktu zaczepienia, tak naprawdę bez celu. W zawieszeniu. W przestrzeni pomiędzy. Nigdzie.

I można by z tego zrobić Autorce zarzut. Że jak to?! Że przecież! Że należy! Że powinna, powinniśmy, powinien lub powinienem. Ale ten stan podróży od, stan braku zaczepienia, też jest częścią doświadczenia, być może każdego z nas, być może szczególnie dziś, życia. De facto, idee, instytucje, wzorce, którymi ludzie żyli od zawsze, role płciowe i społeczne, ideały i zasady, wszystko to rozpada się na naszych oczach i zostajemy "wydziedziczeni", zawieszeni, łudzący się kolorową błyskotką wiszącą na złotym łańcuchu przed naszym czołem, kołyszącą się to w lewo, to wprawo, to znów w lewo, niczym ciało "dzikusa" z powieści Huxleya "Nowy wspaniały świat". Hipnoza. Hipnoza doraźnością i jaskrawym, przeszywającym człowieka do głębi, przekazem najnowszych - jakże to nieważne - wiadomości.

Tokarczuk pisze sprawnie. Jeśli ktoś twierdzi, że nie ma talentu, to prędzej przez niechęć. Ja tak nie twierdzę. Przeciwnie, czyta się momentami dobrze, bardzo dobrze, świetnie. Obrazowanie, płynność narracji, wszystko razem pasuje się składa. Tyle że... tylko przez moment, przez te kilka, kilkanaście stron. Potem, z bólem witamy ziemię, nicość, bezsensowne nagromadzenie słów, szczegółów, nałożenie na siebie zdań, którego celem nie jest w żadnym wypadku wynikanie czegokolwiek, może poza zamęczeniem czytelnika, bo jak sądzę, wielu nie dociera do końca tej książki i po ciężkiej walce, rezygnuje i... chyba wypada ich zrozumieć.

Ja jednak dotarłem, choć poślizgnąłem się tu i ówdzie, bo tekst w większości swojej, niestety jest niestrawny. Mdły. Tępy. Może takie było założenie Autorki, dla której jednym z głównych motywów jest chora - w moim odbiorze - fascynacja preparowaniem części ludzkich ciał. Powraca ona do tych procesów i obrazów, do szczegółów i realiów cyklicznie, jakby przetykając nimi szarobezbarwnonudną materię tekstu niczym jakąś dekoracją, jakimś wyimkiem czasu, gdzie wyobraźnia autorki może oddać się temu, co ją fascynuje, obrazowi dwugłowego noworodka w formalinie.

Książka - i to każdy czytelnik powinien wiedzieć na początku - udaje tylko powieść czy może nawet książkę. Choć nie, księga jako zbiór rozmaitości, taka damska torebka gdzie smalec - wiem, że w damskich torebkach nie uświadczysz smalcu - szminka i tysiąc różnych - bywa zapomnianych - rzeczy, to może "tak". Nie jest jednak powieścią, bo nie posiada treści. Nie posiada akcji. Nie jest w tym rozumieniu żadną O-powieścią.

Wykop Skomentuj181
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura