110 obserwujących
1649 notek
1207k odsłon
  109   0

Pokochać siebie - dr. Margaret Paul

Doktor Margaret Paul ma koncepcję ja wyleczyć większość dolegliwości mentalnych, takich jak niepokój, przygnębienie, smutek, uzależnienia, agresja, a może nawet depresja, choć gdy jest kliniczna to raczej trzeba podejścia klinicznego.

Aby to wszystko osiągnąć i stać się  szczęśliwym promieniującym tym szczęściem człowiekiem trzeba zdaniem pani psycholog - pokochać siebie.

Kultura mocno nas przestrzega, przed kochaniem siebie. Obraz Caravaggio, religijna edukacja, cierpienie dla innych jako najcenniejszy i najszlachetniejszy modus operandi / sposób życia, przeciwstawiony drodze na zatracenie jakim jest kochanie siebie samego.

A jednak dr. Paul upiera się, że zacząć należy od miłości do samego siebie. Opowiada szczerze o swoim dzieciństwie, dorastaniu i poszukiwaniu w wieku dorosłym równowagi psychicznej. O tym jak zawsze była "dobrą dziewczynką" starającą się zapokajać potrzeby innych, bo tak właśnie będzie dobrą dziewczynką, i może wtedy, inni zaspokoją jej potrzeby, w tym miłości.

Opowiada, że dzieci pozbawione prawdziwej miłości w zamian otrzymują dawki aprobaty, czasem pochwały, czasem nagrody i dochodzą do błędnego wniosku, że na miłość można zasłużyć, że to coś, na co się zasługuje, więc próbują w swoim późniejszym całym życiu właśnie to osiągnąć. Mają tacy ludzie ponoć dar wczuwania się w emocje innych, po prostu potrafią czuć innych ból, innych dyskomfort i starają się stan tych innych poprawić. Im bardziej się starają, tym bardziej odsuwają się od własnego dziecka, bo ponoć takie dziecko, cokolwiek by to nie miało znaczyć, każdy z nas w sobie ma.

Ponoć to jest tak, że jak się człowiek rodzi, albo jeszcze wcześniej, to ma w sobie, albo inaczej, to jest takim dzieckiem, a więc stanem świadomości, który nie posiada samoświadomości, który funkcjonuje na innym, pierwotnym poziomie, który operuje wprost emocjami. Ten zbiór emocji, reakcji, rozumienia, doświadczeń, dr. Paul określa jako dziecko, jako spójny system wewnątrz nas, który generuje emocje, jakie odczuwamy, których my przecież mocą naszych decyzji i zamiarów nie wytwarzamy.

Więc kochać siebie, nie znaczy kochać siebie, bo to byłoby głupie. Zdaniem Margaret Paul, kochać siebie oznacza powrócić do tego wewnętrznego dziecka, ciągle istniejącego w nas. A powrócić oznacza przyjrzeć mu się z uwagą i miłością,  a to z kolei oznacza, nie traktowanie emocji, które ono generuje jako negatywnych czy szkodliwych. Bo to są informacje, o tym jak ono się czuje. Więc dorosły, a więc poziom świadomości cechujący się świadomością samego siebie i procesami w korze mózgowej, zamiast starać się opiekować i zaspokajać potrzeby innych, powien się najpierw zaopiekować i poznać potrzeby swojego dziecka.

No ale zdaniem pani doktor, na tym nie koniec, bo dorosły to samoświadomość, plany, decyzje i intencje, ale nawet ów dorosły z czegoś się wywodzi. Zatem trzecim poziomem bycia człowiekiem stała się dla pani psycholog wychowanej w ateistycznej rodzinie, relacja z Bogiem. Margaret Paul używa tu sformułowań bardziej strawnych medialnie, jak wyższa świadomość itp. ale generalnie o to właśnie chodzi, o relację w stosunku do czegoś, co jest poza nami, rozumianymi jako samoświadomy byt (dorosły), a co przekracza bogactwem, mądrością i miłością wszystko, co my możemy z siebie wydobyć. Stamtąd jakby i muzyka, i natchnienia, i wszystko, co nie wiemy skąd, a wielkie, albo piękne itd.

Tak więc ponoć człowiek w pełni to relacja trzech osób: dziecka, które jest czystą "iskrą bożą", dorosłego, który jest samoświadomy, może decydować i rozumować, oraz ponadrozumowej rzeczywistości, która może wchodzić w relację z człowiekiem - dorosłym, z której wszystko się wyłania.

Przepis na równowagę i szczęście jest zdaniem pani doktor prosty. "Dorosły" może zaprosić to "Poza", aby wspólnie i z miłością objąć to "dziecko". Przekładając na prostszy język, zaakceptować odczuwane emocje. Zrozumieć ich przyczyny i mechanizmy, poprzez "pytanie dziecka" dlaczego tak reaguje. Objąć "opieką to dziecko", tzn. zaplanować i wdrożyć takie działania, które będą wychodzić naprzeciw "dziecięcym potrzebom lub oczekiwaniom" oraz z tym "dzieckiem rozmawiać", by wyjaśnić sobie albo jemu, że pewne motywy i przekonania są przestarzałe, nieaktualne, błędne.

Brzmi to wszystko trochę jak tania magia z objazdowego, wesołego miasteczka, ale może wcale tak nie jest. Oto bowiem w fundamentalnym przesłaniu chrześcijaństwa Pan Jezus mówiąc, co jest najważniejsze, mówi, że kochać Boga ze wszystkich sił, a bliźniego jak siebie samego.

Tutaj, wychodziłoby na to, że właśnie zwrócenie się do "poza", możemy powiedzieć do "Boga" jest tym elementem pierwszym, zaś miłość do bliźniego jest funkcją miłości do samego siebie, tutaj do "dziecka" wewnątrz nas, które czuje. Czy ludzie, którzy siebie nienawidzą - są tacy, albo siebie oskarżają, nigdy tego nie doświadczyliście?, czy tacy ludzie kochają innych? Czy raczej chcą innych skrzywdzić, podporządkować, bo takie same intencje mają, choć nieuświadamiane w stosunku do siebie, do swojego wewnętrznego dziecka, które emituje przykre emocje, których mają dosyć i nie potrafią dłużej tego ciągnąć.

Margaret Paul mówi, że "inner bonding", nawiązywanie więzi między wewnętrznymi stanami/osobami człowieka, to droga do uzdrowienia psychiki i mentalności. Ta miłość do "wyższego ja" i do "dziecka, sprawić może ponoć, że w człowiek pojawi się właśnie miłość, właśnie pełnia. I wtedy dopiero człowiek będzie zdolny do miłości, jako wolnego daru, a nie handlu na dawki aprobaty i uznania, jaki dorośli uprawiają ze sobą i czasem swoimi dziećmi.

Czy to wszystko wszystko prawda czy nie, nie wiem i każdy może ocenić sam. W księdze Jeremiasza zapisanej ok 6 wieku przed narodzeniem Pana Jezusa, w rozdziale drugim widnieją takie słowa:


"Bo podwójne zło popełnił mój naród:
opuścili Mnie, źródło żywej wody,
żeby wykopać sobie cysterny,
cysterny popękane,które nie utrzymują wody"
W perspektywie koncepcji Paul: ludzie zrezygnowali z odwołania do Boga poprzestając na sobie i swoim, danym zmysłowo, świecie. Ponieważ nie doświadczali już miłości i pełni pochodzącej z "ponadświadomości" stali się puści i "pragnący". Więc wytworzyli sposoby zaspokajania "pragnienia", potrzeby odczucia utraconej pełni. Te sposoby, to czerpanie satysfakcji, aprobaty albo miłości od innych ludzi, ze swojej pozycji, w każdy inny sposób. Ale te sposoby "przeciekają".

No i oczywiście jeszcze Jezus z Nazaretu, ze swoim przesłaniem do Samarytanki:

"«Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu»"

Tyle na temat miłości psychologia i religia. Czy możemy być szczęśliwi bez kogoś innego? W pełni szczęśliwi? Dr. Paul jak i autor księgi sprzed 2600 lat, podpowiadają, że tak. Że może kluczem do tego jest przyjęcie, że nie jesteśmy jednostkowym, przypadkowym bytem, jak nas naucza materializm, tylko osobą będącą relacją osób. Wówczas kochać samego siebie znaczyłoby tworzyć relację między tymi (pod) osobami. Można samemu obejrzeć i posłuchać jeśli się zna angielski. To niszowa sprawa, ale sądzę, warta rozważenia i przyjrzenia się :)



Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale