110 obserwujących
1765 notek
1252k odsłony
  378   2

Nie wolno swoich problemów oddawać Bogu

Nie możemy swoich problemów oddawać Bogu. Nie możemy z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że Pan Bóg nie istnieje. Serio, nawet dla wierzących. Czy którykolwiek z wierzących martwiłby się czymkolwiek, gdyby naprawdę był w stanie jakiegoś kontaktu (wierzył) z Bogiem, który jest ponad czasem, który jest samym źródłem istnienia, który jest wszechmocny, wszechwiedzący i kocha właśnie jego?

No tak, ale nasza wiara nie jest doskonała - padnie wyjaśnienie. No właśnie o to chodzi. Ona jest taka... e.... hm... no tego no... nasza! Że tego no, chodzi się do kościoła i wszystkie te przepisy, ofiary, przepiórki, tace, obrzędy, wyznania, wypowiadania, ale... No właśnie, ale to wszystko przecież - nie naprawdę. I to jest naturalne, bo w końcu i św. Tomasz Apostoł - nie wierzył, aż mu Pan Jezus kazał wkładać palce do swoich ran. No ale nas to nie spotka.

Nie możemy swoich problemów oddawać Bogu, bo nawet jak istnieje to i tak z nimi przecież nic nie zrobi. Jakby miał robić coś z problemami wszystkich ludzi na świecie, co się o załatwienie swoich spraw zwracają, to byłby już raj albo ze dwa na tej ziemi, wszyscy byliby młodzi, bogaci, piękni z ferrari w garażu i piękną młodą żoną, albo mężem, i gromadką dzieci zdobywających same bardzo dobre oceny. Ale... tak nie jest. Ja to wiem, ty to wiesz, każdy to wie. Tak na poważnie, to skala potworności i krzywdy wyrządzanej ludziom, jest częstym i w jakimś tam wymiarze uzasadnionym, argumentem przeciw wierze w Boga. Więc... robi, coś z naszymi problemami czy nie? Może czasem... Jak nie jest zbyt zajęty. Jak my jesteśmy wystarczająco w porządku. Jak... mamy farta. Ale generalnie... Generalnie, to wszystko co przed "ale" się podobno nie liczy.

Nie możemy swoich problemów oddawać Bogu, bo są n a s z e! Mamy je. Na wyłączność. Nie oddamy ich. Za dużo nas kosztowały już bólu, ciężaru, cierpienia, niepokoju, smutku, obaw, gniewu, wściekłości, wkurzenia. W cały ten sposób, są n a s z ą -- w ł a s n  o  ś c i ą. A wiadomo - jak uczą postępowi myśliciele - tyle godności ile własności.

Nie możemy wreszcie - i to już ostatni argument - swoich problemów oddawać Bogu, bo jak je zaniedbamy, jak ich nie będziemy wystarczająco mocno doświadczać, to nie naprawimy rzeczywistości, świata, samych siebie. Przestaniemy po prostu się zajmować usuwaniem przyczyn tych problemów. Nasza efektywność w realnym działaniu spadnie. Doprowadzimy w ten sposób do pogorszenia i tak fatalnej sytuacji. Jeśli nie będziemy w stresie, przygnębieniu, napięciu, smutku, rozdrażnieniu, rozpaczy czy tak... tak... - wściekłości, to będziemy o wiele mniej wydajnie i skutecznie zajmować się rzeczywistością, aby była lepsza. Więc się zrobi gorsza. To musimy się przejmować. Musimy się stresować. Musimy mentalnie, psychicznie i emocjonalnie wracać i uczepić się, i mieć nasze problemy. W ten sposób najlepiej je... no... rozwiązujemy!

No bo co by było, gdybyśmy je jednak oddali? Przekazali. Nie mam pojęcia. Nie wolno tego robić. To jakieś szaleństwo. One... SĄ naszym życiem. Życie polega na posiadaniu problemów i zajmowaniu się problemami. Właściwie to samo słowo "problem", sygnalizuje, że to jest coś, czym się martwimy, co sprawia nam taki czy inny dyskomfort lub ból. Bo jakby nie, to byłoby "zadanie", "wyzwanie" czy coś takiego. Może wyjątkiem jest problem matematyczny dla matematyka, który rzeczywiście jawi mu się jako wyzwanie i zadanie, ale już ten sam - dla matematycznego głąba - staje się rzeczywistym "problemem", jego - problemem.

Więc, gdybyśmy przekazali je Bogu, który oczywiście dla nas nie istnieje, także z tego powodu, że mu swoich problemów nie przekazujemy, bo jakbyśmy je mu przekazywali, to wtedy by dla nas istniał, bo głupi przecież nie jesteśmy i komuś kto nie istnieje, to byśmy swoich problemów nie przekazywali. Więc, gdyśmy jednak przekazali je Bogu, to... jak właściwie by się zrobiło? Jak przebiegałby ciąg zdarzeń? Jak wyglądałaby sytuacja? Nasza zdolność do radzenia sobie z wyzwaniami i zadaniami życia?

Jak wyglądałby poziom kortyzolu w naszym organizmie? A oksytocyny? Jak sprawność kory mózgowej? Jak wreszcie wyglądałaby przyszłość? Nie nie ta, za ileś czasu, tylko ta teraz, gdy na nią patrzymy, posiadanymi przecież, oczami wyobraźni?

Jak w końcu wyglądałaby nasza wiara, to znaczy nasz stosunek do Boga? Ba... ryzykowna ewentualność dla niewierzących.

Więc w chwili zapomnienia, zapętlenia, braku należytej uwagi, może tak.... by oddać? Te nasze problemy Bogu? Ryzyko jest spore i to działanie dość niepoważne, ale w końcu można od czasu do czasu popełnić jakiś błąd, nietakt, czy coś nierozsądnego. Całkowity rozsądek to cechował szefów Rewolucji Francuskiej, którzy nawet do masowego ścinania głów podchodzili rozsądnie. Zero szarmanckości, zero poczucia humoru, zero polskiego nie brania rzeczy na serio. Było - r a c j o n a l n ie .

Więc ta dosłowna racjonalność może być po prostu - nieludzka. Groźna. Nawet śmiertelnie. Żart, hipokryzja, intuicja, eksperyment, przygoda, podróż w niewiadomą, zawsze ludziom były pisane. Więc może korzystając z tego dziedzictwa właśnie, przekazać. Na chwilę. Na dzień. Na godzinę. Kurcze? Jaki okres czasu byłby najlepszy? Żeby nie za krótko, ale i nie za długo. No dobra - nie ważne. Może po prostu wtedy, gdy naprawdę jakiś problem przekazalibyśmy Bogu, to to, co z nim związane stałoby się w pewien sposób - "nie ważne". Nie aż tak...  ważne. Mniej ważące, to znaczy nie ciężkie, bo przecież każdy "problem" to jest swego rodzaju ciężar. Nie ten niesiony w siatce, bo jabłoń obrodziła i wysyp jabłek w tym roku taki, że nie ma jak ich zbierać, tylko ten, który odczuwa się gdzieś... w żołądku, klatce piersiowej, gdzieś, gdzie właściwie nie wiemy, gdzie, ale czujemy, że jest ciężko, bo to "ważny", bo to "ważne", co będzie dalej.

Czyli po wyczerpującym ustaleniu zakresu czasu na eksperyment, proponuję godzinę, żeby nie przesadzać, możemy - nie na próbę, bo tu nie ma miejsca na próbę, tylko na serio i całkiem, i dosłownie, i bezwzględnie oraz bezwarunkowo - oddać, przekazać, powierzyć... problemy. A niech tam. Pal go sześć - o przepraszam. Właściwie...co szkodzi spróbować? No wiem, wiem. Szkodzi. Bo to problem. Zachowajmy powagę. I bądźmy rozsądni. Albo...

Lubię to! Skomentuj45 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale