Bóg oczywiście nie istnieje i nieoczywiście istnieje. O co chodzi?
O co chodzi w pojęciu "istnieje"? Kiedy wiemy, że coś "istnieje"? Po czym to poznajemy?
Otóż istnieje to, co znajduje się, albo się znajdowało albo może się znaleźć "w polu naszego widzenia".
Zatem jest człowiek i... postrzega. Postrzega kamień, ścianę, kobietę, chmury, dziecko, swoją własną stopę.
Zatem pierwszym warunkiem aby w naszym rozumieniu coś dla nas "istniało" jest to, że to się może znaleźć w przestrzeni naszego postrzegania. Postrzegamy wzrokiem, słuchem, pozostałymi zmysłami, ale postrzegamy też rozumem i liczba 3 dla nas istnieje, choć nie jakoś materialnie czy namacalnie, no ale jest, bez żadnej wątpliwości.
Zatem Bóg aby mógł istnieć (w naszym rozumieniu) musiałby móc znaleźć się w polu naszego postrzegania.
Co mówią czasem niewierzący? Przekonaj mnie. Pokaż mi, wykaż mi, że Bóg istnieje. Ale to czego oczekują, to tego, że ów przez nich rozumiany Bóg stanie się przedmiotem w ich sferze postrzegania. Że się w niej "zmieści". Że będzie można Go albo zobaczyć, albo zrozumieć tzn. objąć intelektualnie.
Ale jeśli Bóg istotnie istnieje, to znajduje się całkowicie, fundamentalnie i jakościowo poza polem naszych spostrzeżeń i poza polem naszego rozumu. Oczywiście mógłby stworzyć jakąś projekcję, którą my moglibyśmy "objąć", ale to byłoby wprowadzenie w błąd. Jeśli istnieje coś/ktoś i jest źródłem istnienia całej postrzeganej przez nas materialnej i niematerialnej rzeczywistości, to owo Źródło, nie ma jak znaleźć się w polu naszego postrzegania, chyba, że poprzez własną projekcję.
Rozum może wskazywać na istnienie Boga, ale nie może go w żaden sposób dowieść. Doświadczenia i wrażenia - w tym mistyczne - mogą na to wskazywać, ale nie są żadnym dowodem obiektywnym. Samo pojęcie dowodu w żaden sposób do takiego Boga, który utrzymuje wszystko w istnieniu, nie może się odnosić, bo samo jest przez niego utrzymywane.
Może najciekawszym tutaj zagadnieniem jest kwestia wiary. Kłania się anegdota o zachodnim turyście pragnącym zobaczyć Boga, który przybył do guru po pomoc, a ten wsadził mu głowę do beczki z wodą i mało go nie utopił. Wyczerpanemu tłumaczył: "Jak będziesz chciał zobaczyć Boga tak bardzo, jak chciałeś zaczerpnąć powietrza, to go zobaczysz".
Naturalne podejście jest takie jak św. Tomasza: Uwierzę jak zobaczę. Ale być może realne podejście jest odwrotne: Zobaczysz jak uwierzysz.
Zatem nie byłoby sposobu, aby kogoś przekonać, że Bóg jest. Istnienie Boga byłoby pochodną i skutkiem, "temperatury wiary" człowieka w jego istnienie. Ale czy wtedy Jego istnienie, nie jest po prostu ludzką projekcją? Człowiek tak bardzo wierzy, że w końcu sam wierzy w to, w co wierzy i to dla niego staje się prawdą, ale nie dlatego, że prawdą jest, tylko dlatego, że tak "wymyślił"?
Ale może jest jednak tak, że wiara jest niezbędna do tego, aby Bóg dla człowieka istniał? Niezbędny jest szalony wysiłek człowieka, by przekroczyć. Przekroczyć świat własnych spostrzeżeń. By się przezeń przedostać w dążeniu do Źródła, do Nienazwanego, do Boga.W trakcie tego wysiłku - "Szukajcie a znajdziecie" - Bóg czasem wychodzi człowiekowi naprzeciw i swojej doczesnej świadomości człowiek doświadcza różnych rzeczy, które pojawiają się -- w - w y n i k u -- i w następstwie tego dążenia, które pochodzą spoza świadomości i intencji człowieka.
Więc bez wiary, bez wysiłku dążenia, zbliżenia się do Boga, Bóg dla człowieka oczywiście nie istnieje. Natomiast w wyniku przekraczania "doczesności" wskutek wiary, człowiek się do Boga zbliża. - Ale jak? - Zapytają. Na piechotę? Na kolanach? Odprawiając nabożeństwa i modlitwy? Owo "zbliżanie się" człowieka do Boga jest złożeniem różnych aspektów, aktywności i postaw, z których tą fundamentalną, pierwszą i podstawową jest Miłość, zatem intencja "Chcę byś istniał". W ten sposób człowiek tworzy -- r e l a c j ę -- między sobą a Bogiem albo wchodzi w taką relację, bo z drugiej strony jest pełna do tego gotowość.
Zatem istnienie Boga jest pochodną wiary człowieka, bo człowiek zamknięty na Jego istnienie, nie wejdzie w relację z Nim, a Bóg nie może być przedmiotem w jego polu poznania. Nie zachodzi tutaj "projekcja", a więc wytwarzanie na własny użytek obrazu, ale przekraczanie granic na drodze poznania. Trzeba przejść za szczyt albo mur, który przesłania słońce, żeby jego światło mogło do nas dotrzeć. Choć... każda analogia jest kulawa.
Ale skąd wiem, czy to, czego doświadczam, co rozumiem, co obejmuję poznaniem i postrzeganiem, po i w wyniku wiary to realnie istniejący Bóg? Na to pytanie każdy odpowiada sobie sam, przed sobą.
Ateizm na świecie dogorywa i popularny jest głównie wśród opętanych żądzą dominacji plutokratów oraz społeczeństwa tzw. "Zachodu", które w pogoni za rewolucją seksualną rozstały się z tym, co je ogranicza i karci. Zostały bez seksu, bez wiary i właśnie się rozglądają dookoła, jak wszystko tandetnieje.
Obraz Boga z kolei, na różne modły jest wypaczany i sekretarz wojny imperium odprawia modlitwy by Bóg pomógł mu zabijać tych, co nie zasługują na życie. W imię Boga popełniano wiele zbrodni, bo czemuż tego imienia i obrazu nie użyć, bo jakie jest lepsze alibi?
Z drugiej strony ludzie się budzą. Ogólna liczba osób wierzących na świecie rośnie. Coraz więcej osób z elit zaczyna się przyznawać do wiary. Nie są to od razu konwersje religijne, ale tak jak "papież ateizmu" Anthony Flew, dochodzą oni do racjonalnego wniosku, że Źródło rzeczywistości musi istnieć i znajduje się poza nią.
Ostatecznie wiara jest drogą do tego, aby Bóg dla człowieka istniał. Dla człowieka, bowiem jego realne istnienie jest inne niż nasze. "Ja jestem, który jestem" brzmi starotestamentowe samo przedstawienie się Boga. Zatem tym, co Go wyróżnia jest to, że JEST. Skoro tak, to my NIE JESTEŚMY w sposób w jaki On jest. I dlatego właśnie dla nas, dla nas On istnieje w stopniu zależnym od naszej w Niego wiary, bo ta wiara jest wycieczką, pielgrzymką, drogą poprzez wertepy istniejącej rzeczywistości do tego, co poza nią.
Samo istnienie zaś jest funkcją, owocem, efektem - relacji. Nie istnieje coś, co nie jest z czymś innym w jakiejś relacji. Relacja (miłości) jest istnieniotwórcza. Może istnieć relacja nienawiści, która jest istnieniodestrukcyjna.
Więc im bardziej człowiek wejdzie w relację z Bogiem, tym bardziej Bóg dla niego istnieje. Więc można zaryzykować, pozwolić sobie, na przykład na modlitwę, nie żadną wyuczoną, tylko taką od serca, to, co się myśli. Można pokontemplować. Można na jakiś czas założyć, powiedzieć sobie: "Ok. Bóg jest. Oto co Ci chcę powiedzieć". Kto wie, może się przekonasz, a może nie. Ale czemu nie spróbować? Zrobić taki mini test, na to, czy jest coś, Ktoś, poza...
Warto obejrzeć clip wideo. Naukowiec, wykładowca Standford mówi właśnie o wierze:



Komentarze
Pokaż komentarze (1)