41 obserwujących
1093 notki
740k odsłon
198 odsłon

O miłości i egoizmie

Wykop Skomentuj8

image

Miłość doczekała się pięknego obrazu w świadomości ludzi. On jest przystojny, pięknie zbudowany, ona ma często blond włosy, kształty jej ciała, kolor jej oczu, to wszystko sprawia, że człowiek chce dla niej żyć i ją kochać. Spotykają się i pojawia się to "coś", niezwykłego. Ta szalona namiętność, zauroczenie. To najpiękniejsze uczucie na ziemi. Przychodzi jego spełnienie, czyli... no wiadomo.

Myślimy obrazami. Pod każde pojęcie, słowo, termin, podkładamy wyobrażenie. Ten, kto ma władzę na tymi wyobrażeniami rządzi światem i ludźmi. Gdy "obrazy", którymi myślimy rozminą się z rzeczywistością, to całe nasze myślenie, w ślad za tym działanie, całe nasze pojmowanie świata, zaczyna "skrzeczeć", "piszczeć", "nie zgadzać się". Wszystko schodzi na manowce, co zauważył już jeden Chińczyk, dwa i pół tysiąca lat temu.

Miłość w swej istocie nie jest romantycznym ani erotycznym zauroczeniem. Nie jest nim zupełnie przyziemnie i normalnie. Choć to zauroczenie, może być jednym z przejawów miłości, to w końcu najpowszechniejszym na Ziemi przypadkiem miłości, nie jest to, co ma miejsce między kobietą i mężczyzną, tylko to, co ma miejsce między rodzicami i dziećmi.

Miłość to dostrzeganie w innym człowieku wartości. Wartości równej sobie samemu. To branie pod uwagę zdania, potrzeb, aspiracji i losu drugiego człowieka. To w końcu pewne poczucie odpowiedzialności za drugiego. To pragnienie, by był on szczęśliwy. Miłość w wymiarze społecznym, powszechnym, jako postawę wobec drugiego człowieka, przyniósł dopiero Jezus z Nazaretu. Dziś, niepopularna postać i niezręcznie o Nim wspominać. Więc można jeszcze wspomnieć Gutamę z przedhimalajskiej krainy, który głosił współczucie dla wszystkich. U niego, nazwanego Buddą, też pojawiło się jakieś przedecho miłości, choć jeszcze w bardzo wczesnej, niejasnej i niepełnej formie.

Więc ten przesterowany, przerysowany i przekręcony obraz miłości, jako szalonej namiętności erotycznej między kobietą i mężczyzną, wykoleił nasze myślenie i pojmowanie. Miłość od czasu chrześcijaństwa jest spoiwem wspólnoty między ludźmi. Przyjaźń to właśnie jeden z przejawów miłości. Współpraca też. Zaufanie. Rzetelność. Pomoc. Jezus, znów niezręcznie, bo jego postać to w kazaniach zastrzeżonych dla osób w sutannach, wtedy wszystko pasuje, w naszych ustach, tj. zwykłych ludzi, może z racji tego zastrzeżenia, staje się czymś niestosownym.

Więc Jezus dokładnie tak właśnie opisywał miłość. Nie w kolorach romantycznych i fizycznych uniesień. Tylko jako praktyczną pomoc. Jako zachowanie i czyny, które są skierowane ku drugiemu człowiekowi. Jako bycie "braćmi" i bliźnimi. Właściwie chrześcijanie istnieli przez pierwsze wieki wyłącznie jako bracia i bliźni. Jak to się zmieniło dzisiaj, u nas...

Przeciwieństwem miłości jest egoizm. Egoista żyje dla siebie. Nie tyle właściwie żyje, bo życie i zachowania to jedynie konsekwencje. Egoista widzi tylko siebie. Egoizm jest kwestią wzroku. Nie tego, możliwego do skorygowania za pomocą okularów czy soczewek kontaktowych, ale tego, którym człowiek ogląda całą rzeczywistość. Ten wzrok uległ zmianie. Kiedy? Trudno powiedzieć.

Egoista widzi siebie jako człowieka. Cała reszta to przedmioty, którymi musi zarządzać, które musi przemieszczać, kształtować tak, by było "dobrze". Ludzie to dla niego przedmioty. Nie mają tej samej wartości, co on.

Tak zwany "rynek", to apoteoza egoizmu. W ideowym znaczeniu zapisana choćby w dziełach Alissy Zinowjewny Rosenbaum, którą olśnił Manhattan. W znaczeniu mentalnym oparty jest ów "rynek" o chciwość jako jedyne kryterium podejmowanych decyzji. W znaczeniu relacji społecznych wyraża się w traktowaniu interakcji między ludźmi jako transakcji rynkowych.

W transakcji rynkowej każdej ze stron z osobna, chodzi tylko o jedno, o jak największy zysk. Obie strony toczą w pewnym sensie rywalizację, bo maksymalizacja zysku jednej strony prowadzi do jego minimalizacji lub wręcz do straty strony przeciwnej. I na tym właśnie polega egoizm. - To ty też musisz dbać o siebie - powiedzą apostołowie "tynku" (błąd zamierzony). Tyle, że transakcja jest także rywalizacją, ważeniem sił i słabsi, gorzej poinformowani, niezorganizowani tylko rozbici, taką rywalizację zawsze przegrywają.

Transakcyjność plami wszelkie interakcje społeczne. Sprzedawcy tworzą nieczytelne dla klienta umowy , podmioty i ludzie skupiają się na tym, by jak najwięcej korzyści osiągnąć z każdej interakcji, pracy, znajomości. Wszyscy walczą "o swoje" z innymi. Najsilniejsi w tej dżungli stworzonej z egoizmu, śmieją się z wysoka i konsumują powoli całą resztę.

No ale przecież na wolnym rynku zbudowany został cały sukces zachodniego świata. To prawda. Albo może raczej to ćwierć prawda. Najpierw należy ją podzielić na pół, bo ów oszałamiający sukces, został odniesiony dzięki odkryciom naukowym, których dokonywali ludzie, nie ze względu na zysk i prawa do niego z racji korzystania z ich odkryć, ale dokonywali ich z miłości do wiedzy, z pasji odkrywania. Brali oni udział w wielkim procesie dzielenia się swoimi odkryciami, to jest w procesie rozwoju zachodniej nauki.

To najpierw rewolucja agrarna, zaczynająca się od Wielkiej Brytanii, potem rewolucja w medycynie i higienie, rewolucja przemysłowa, te wszystkie odkrycia i wynalazki dały w ciągu trzystu lat rozkwit cywilizacji Zachodniej.

Drugie dzielenie na pół prawdy o "wolnym rynku", to spostrzeżenie, że jego zastosowanie miało miejsce w społeczeństwach ukształtowanych przez chrześcijaństwo. Że wdrażali go ludzie, z często wdrukowaną w swoje zachowania moralnością opartą o miłość, o postawę dostrzegającą innych ludzi jako równych, jako ludzi jak my. Więc ten kod miłości, moralna postawa przyniesiona przez chrześcijaństwo modyfikował zachowania "rynkowe".

Do dziś, takie spostrzeżenie się nasuwa, społeczeństwa zachodnie przechowują miłość. Oderwane od chrześcijaństwa jako kultu, jako religii, przechowują te formy miłości, do których Nauczyciel z Nazaretu odwoływał się w swoich przypowieściach. "Cokolwiek uczyniliście ... Mnieście uczynili", te słowa nagradzają i oskarżają, w zależności od tego, co czynimy innym. W zależności od tego, ile miłości jest w nas.

Skrajnym przypadkiem egoizmu jest narcyzm. Nie ten znany z nieszkodliwych i śmiesznych alegorii, dobrotliwej i zapatrzonej w siebie osoby, ale ten znany z publikacji o Narcisstic Personality Disorder, wyrażający się w złowrogiej postawie, nastawionej z jednej strony na niszczenie ludzi, z drugiej na budowanie skomplikowanej i na poły genialnej strategi własnego usprawiedliwienia.

Narcyz, w swoim przekonaniu, często się "poświęca" dla innych, "zajmuje się" innymi. Bywa silnie religijny, gdyż tu religia przejawia swoją niebezpieczną tendencję do zapewniania poczucia etycznej wartości w wyniku praktykowania obrzędów religijnych.

Narcyzem-egoistą bywa polityk, przełożony, postać medialna albo całkiem bliska. Wszyscy oni traktują ludzi jak rzeczy, z którymi coś należy zrobić, których do czegoś należy nakłonić, którymi coś należy zrobić. Najczęściej coś "dobrego", coś czego pragnie narcyz. W zaciszu wolnym od widoczności, potrafią pokazywać swoją "drugą" twarz, twarz kwintesencji egoizmu, tego bezlitosnego wiru, który wciąga wszystko do wnętrza siebie. Potrafią, zamaskowani przed wzrokiem świata zewnętrznego głośną dobroczynnością albo religijnością, być okrutni i bezlitośni w stosunku do innych.

I tak miłość i egoizm, niczym dwie strony medalu, którego materią jest człowiek. Nasze wybory często nie są skrajne, są częściowe. Ale zawsze ich dokonujemy. Pozostaje pytanie o konsekwencje, dla nas samych, dla tak zwanego życia. Te pozostają nieznane. Możemy wierzyć, że istnieją, że wyrażają się tym, co religie określają jako piekło lub niebo. Możemy o nich wnioskować. Możemy w końcu je odrzucać. Tylko czy wtedy, mamy jakiekolwiek prawo, do oceny tych, co w imię własne, posługują się innymi?

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości