Tylko wolność jest ciekawa
No, może nie tylko wolność. Świat wokół też jest niczego sobie. Jak go jednak poznawać, gdy wolności zabraknie...
23 obserwujących
61 notek
32k odsłony
  319   2

Symbole są ważne – autorytet zamaskowany

Główną siłą tyranii jest entuzjazm kolaborantów – ponownie pozwalam sobie zacytować J.B. Wiśniewskiego, który, jak ma to w zwyczaju, tak lakonicznie ujął coś, czego ilustrację (oraz mojego tekściku o symbolach) parę dni temu miałem okazję oglądać.

Jak wiadomo, rozpoczął się rok akademicki i, cokolwiek z boku, ale uczestniczyłem w uroczystości (jubileuszowej zresztą, setnej) jego inauguracji na szacownym wydziale jeszcze bardziej szacownej uczelni. Aula Główna, piękne klasycystyczne wnętrze. Liczne krzesła dla widowni wypełnione może w jednej trzeciej, naprzeciwko mównica, oraz rząd krzeseł dla dostojnych dziekanów, przedstawicieli Rady Wydziału, kogoś tam. Dostojni wyprostowani, poważni - w maskach. Tak jak poczet sztandarowy. Kilkanaście postaci bez twarzy, same oczy. Bardzo dostojne i pełne autorytetu oczy, wszak to profesura, nauczyciele akademiccy, mentorzy… Widownia w ogromnej większości bez namordników.

Uroczystość jak wiele: nudnawe przemowy, trochę historii, informacje o dniu dzisiejszym, takie tam. Nie uczestniczyłem zasadniczo, wróciłem pod koniec popatrzeć z piętra. I co widzę? Dostojni  nabrali twarzy! Tłoczą się, ściskają prawice, uśmiechają, mieszają z innymi, zapewne równie dostojnymi, przybyłymi z boku. Ustawiają się do zdjęcia. Takiego pamiątkowego.

Co to było? Który obrazek był na jawie, a który mi się śnił? Co się stało z odpowiedzialnością, z zagrożeniem? Wirus się znudził tak jak ja i sobie poszedł?

Znajduję kilka wyjaśnień tej szopki. Pierwsze, że „szanowni i dostojni” są konformistycznymi tchórzami gotowymi na taką ośmieszającą błazenadę w obawie o stołki i premie – lub wydaje im się, że tak muszą robić dla zachowania tych swoich „zdobyczy”. Drugie, że są odpowiedzialni i świadomi swego autorytetu, więc dzielnie trwali zakneblowani by dawać przykład pospólstwu (przy czym „pospólstwo” to brać akademicka, w tym koledzy naukowcy). Pokazywali, że „tak trzeba”. Jeśli wersja druga jest słuszna, to nasuwa się pytanie dodatkowe: czego przykład dawali i po co, skoro jest oczywiste, że nie boją się zagrożenia. Co to ma dać? Że jak nadejdzie kolejna „fala” to mamy wykształcone odruchy? Jak mycie ząbków przez dzieci, bo to zdrowo? Maski nie są zdrowe, a logika tresury „na wszelki wypadek” jest po prostu zbrodnicza wobec społeczeństwa i równie dobrze można „na wszelki wypadek” przyzwyczajać się też do masek przeciwgazowych (co zresztą w paranoi niektórych państw komunistycznych było ćwiczone). I jak nazwać tych, wobec których odstawiany był spektakl „dydaktyczny”? To nie były przecież przedszkolaki którym pani przedszkolanka pokazuje jak zawiązać szalik. Jakie więc miano przysługuje dorosłym traktowanym jak przedszkolaki? Zresztą swobodne i bezdystansowe zachowanie po części oficjalnej odbywało się wciąż na oczach zebranych, więc „efekt dydaktyczny” i tak wyparował.

Są też wyjaśnienia pośrednie, mieszane, myślę, że najbliższe prawdy i to nie dlatego bynajmniej, że ona zawsze leży pośrodku. Po prostu profesura niczym nie różni się od przeciętnej: dominuje małe tchórzostwo, małe „na wszelki wypadek”, mały konformizm i  „święty spokój”, małe zainteresowanie (bo państwo i eksperci się wszystkim zajmują) – wszystko małe, tylko efekt duży: uczestnictwo i dołożenie swojej cegiełki do błazenady zniewalającej miliony i krzywdzącej miliony ludzi. Wielka głupota na usługach wielkiego zła.

Schizofreniczny spektakl, który widziałem jest odstawiany jak Europa (a raczej świat) długa i szeroka. Na poziomach najwyższych i na wszystkich niższych, na drabince służalczości, tchórzostwa i głupoty; zła po prostu. Nie mam cierpliwości do długiego grzebania w Sieci, ale parę kliknięć wystarczyło, by to co opisałem znaleźć w wykonaniu wierchuszki polskiej władzy. Minister Kultury Gliński Piotr (może przemianować jego resort na Ministerstwo Prawdy?) wręcza jakieś odznaczenia polskim olimpijczykom. Postawni młodzi ludzie odbierają, oglądają, minister gratuluje, przemawia. Oczywiście nie wiem, czy ktoś się uśmiecha, czy jest wzruszony, bo twarzy nie ma. Same szmaty na gumkach.
Koniec wręczania. Minister się rozgląda, coś tam mówi, ktoś podchodzi. Scena podniosła zakończona, kamery wyłączone (przynajmniej te telewizyjne). I co? Minister już bez maski, rozpromieniony. Świta bliższa i dalsza takoż. Sportowcy, ośmieleni zdejmują szmaty, uśmiechy, poklepywania, rąsia – będzie fotka, taka nieoficjalna, taka fajna, na pamiątkę…

Ciekaw jestem szalenie co na to mówią covidianie? Jaką ekwilibrystykę mózgową wykonują w sobie by zignorować ten przekaz. Nie widzieli takich scenek, nie słyszeli o nich? NIE CHCĄ o nich słyszeć?
Władza nie respektuje swoich własnych zarządzeń – są dla nas, poddanych. Władza nie boi się „pandemii” – i słusznie. Władza pokazuje swoje zakryte, obłudne twarze, by przypominać, że poddani mają się bać, obojętne czego, wirusa, przepisów – byle łazić w namordnikach demonstrując uległość. Dydaktyka? Dla zniewolonych poddanych, czy przedszkolaków, czyli –skoro przedszkolaki są dorosłe – dla durniów? Do wyboru, kim się wolimy czuć.

Mamy najwyraźniej ekspresowo wykreowaną  „nową, świecką tradycję”. Błazenada bezwstydna jako norma, przez aktorów i widzów rozumiana jako pozór, a jednak odgrywana. Kto jest tresowany, albo raczej, kto już jest wytresowany? Jak dla mnie to obie strony. Ta z tytułami i stanowiskami w „konformizmie wysokiego szczebla” - ta druga w niereagowaniu na robienie z siebie idiotów, w potulnym, bezrefleksyjnym współuczestniczeniu w ponurym cyrku poddaństwa. Zaiste: entuzjazm kolaborantów główną siłą tyranii.

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale