Zamiast merytorycznej dyskusji o długach i przyszłości Krakowa jest festiwal agresji i wzajemnego obrzucania się błotem.
W mediach na krakowskich stronach trwa wojna. Idziesz głosować 24 maja i się do tego przyznasz to w komentarzach natychmiast dostaniesz jakąś łatkę. Bojkotujesz referendum? Zmieszają cię z błotem.
Jak wiadomo wszem i wobec 24 maja 2026 roku odbędzie się w Krakowie referendum w sprawie odwołania krakowskiego prezydenta i rady miasta. Niby proste.
Tylko, że my jako miasto i mieszkańcy jesteśmy dziś w sytuacji absolutnie patowej , w matni między hipokryzją obecnej władzy a perspektywą oddania Krakowa w ręce Gibały, Konfederacji i PiS. To nie jest referendum, które umożliwiłoby nam wybór lidera umiejącego realnie "naprawić" to miasto. To będzie typowe wybieranie „mniejszego zła”.
Idąc i głosując „ZA” odwołaniem, stajemy się pionkami w grze Gibały PiS i Konfederacji ułożonej na Nowogrodzkiej. Wysoka frekwencja otworzy prawicy drzwi do przedterminowych wyborów. Tylko ktoś naiwny może mysleć że ten cały "triumwirat zła"chce tego referendum dla dobra mieszkańców i nie ma już dokładnie dogadanego podziału stanowisk w magistracie i w miejskich spółkach.
Co oznacza dla Krakowa wygrana tego "przymierza" ? Ano to, co działo się z Polską przez osiem lat rządów PiS:
Dojenie miasta i mieszkańców ile wlezie i obsadzanie stołków ludźmi z partyjnego nadania. Pozbędziemy się co prawda starego "układu" który został w magistracie w spadku po panu M. , ale w zamian dostaniemy taki sam układ, całkowite upartyjnienie i zrujnowanie resztek niezależności Krakowa przez ludzi którzy nie cofną się przed niczym, żeby dorwać się do krakowskich spółek i kasy.
Bojkot tego referendum też ma swoją cenę. Jeśli frekwencja nie przekroczy progu, obecne władze dostaną sygnał, że ich arogancja, brak rozliczeń, konserwowanie starych układów i lekką ręką wydawana kasa uchodzą im na sucho i mieszkańcy „pogodzili się” z podwyżkami biletów, podatków i miliardowym długiem.
Prawda jest taka, że to referendum i tak nie uzdrowi finansów Krakowa. Nie obudzimy się 25 maja bez długów miasta. Nie obudzimy się z możliwością innego wyboru i szans, bo niezależnie od wyniku, na placu boju pozostaną dokładnie te same, skompromitowane twarze:
Cwani cynicy z PiS i Konfederacji, którzy centralnie odcinali Kraków od strumienia gotówki, a lokalnie głosowali za nowymi wydatkami Majchrowskiego a dzisiaj robią za „niewiniątka” i krzyczą, że "miasto tonie w długach". Hipokryzja level master. Każdy dobrze wie, że medialna wojna PiS z Majchrowskim to była tylko ustawką dla wyborców, bo PiS mając wiceprzewodniczącego rady miasta regularnie popierał uchwały finansowe i przymykał oczy na kolejne kredyty w zamian za realizację swoich lokalnych "interesików" dla wyborców.
Gibała. Ten też kreuje się na "jedynego sprawiedliwego" i krytykuje rozrzutność magistratu. Jakoś dziwnie zapomniał, że to właśnie jego klub radnych przez lata posłusznie klepał wszelkie poprawki budżetowe, które pompowały wydatki miasta.
No i na koniec PO, która bez "bata" nad głową nie potrafi zrezygnować z układów.
Nie bez znaczenia jest też to, że "ruch obywatełsk" czyli Gibała i PiS wraz z Konfeferacją przygotował na mieszkańcow Krakowa pułapkę. Na ten temat cisza. Nikt ze zwolenników i naganiaczy referendum nie mówi ludziom o tym, że jeśli odwołanie prezydenta dojdzie do skutku ( do odwołania rady nie dojdzie, nikt z PiS nie chce stracić swoich stołków) glosowanie na nowego odbędzie się w szczycie sezonu wakacyjnego. Na koniec lipca lub poczatek sierpnia.
Ci którzy wymyślili referendum, doskonale znają kalendarz wyborczy i terminy. Dlatego złożyli podpisy w marcu. Bo wybory w środku wakacji drastycznie zmieniają układ sił w Krakowie, co bezpośrednio uderza w KO dając szanse na wygraną PiSowi i Gibale.
W wakacje Kraków pustoszeje, studenci i rodziny z dziećmi wyjezdżają a kto zostaje ? Emeryci, starsi mieszkańcy i beneficjenci wszelkich "kaczych plusów" i to oni w lipcu masowo pójdą do urn.
W Krakowie ta grupa to ich żelazny elektorat. Dla prawicy niska frekwencja w wakacje to jedyna i najprostsza droga do przejęcia "władzy" w mieście. Oni to dokładnie wyliczyli.
O tym, że.nagle nagle zjawi się prawdziwy, zdolny umiejący zarządzać miastem, bezpartyjny kandydat nie powiązany z żadnym partyjnym układem nie ma co marzyć. Nie przebije się.
Z regulaminowych 90 dni realna kampania w srodku sezonu urlopowego tak naprawdę będzie trwała tylko około 5 tygodni. Tylko 35 dni.
Bezpartyjny kandydat musiałby być dubajskim krezusem, albo zięciem Trumpa, żeby wydać miliony na opłacenie armii ludzi, którzy rozkleją plakaty i rozniosą ulotki w mieście by dotrzeć do 600.000 osób uprawnionych do głosowania.
Ile to ludzi dziennie trzeba by odwiedzić ? Jakieś 17000 osób? Bagatela.
No i dlatego w tych wyborach (jesli oczywiście referendum bedzie ważne) będziemy mieć w Krakowie dokładnie tych samych ludzi którzy przyczynili się do wygenerowania tego wielkiego długu o którym tak teraz gorliwie krzyczą na czele z "niezależnym i bezpartyjnym" powiązanym z PiSem Gibałę, którego krakowianie już trzy razy nie chcieli.
PiS w lipcowo sierpniowej I turze wystawi kandydata typowo "technicznego” który będzie robił kampanię wyłącznie dla ich twardego elektoratu a potem oficjalnie poprze Gibałę. Na Nowogrodzkiej nikt nie jest aż tak naiwny, żeby po klęskach Dudy Wasserman i Kmity wierzyć że kandydat PiS ma w liberalnym Krakowie jakieś szanse na wygraną. Na technicznego pójdzie najpewniej Drewnicki. Były wiceprzewodniczący Rady Miasta. Wiernie realizuje w Krakowie wytyczne polityczne z Nowogrodzkiej. Kreuje się na młodego, dynamicznego, twardego lidera nowej generacji, który nie boi się ostrych starć. Stosuje dokładnie ten sam model budowania pozycji, który PiS wykorzystał przy Nawrockim. Zachwyca twardy elektorat PiS, ale nie liberalny i akademicki Kraków.
⁹PiS wystawi go, żeby „zrobić wynik”, pokazać partyjny sztandar i zmobilizować swóǰ karny, starszy elektorat w środku wakacji. A potem głosy dostanie Gibała, który jest dla nich idealnym łomem do "skarbca" Krakowa.
Całkiem po bandzie z "bojownikiem o szwedzkie reparacje za potop" na czele jedzie Konfa, która traktuje to referendum jako trampolinę do budowania pozycji ogólnokrajowej. Bosak i Mentzen zrobili sobie z Krakowa temat swoich mediów społecznościowych i jadą po KO, po SCT, długu Krakowa i podwyżkach biletów. Ale nie robią tego dla ķrakowian jak myślą naiwnie ich wyborcy. Robią to, żeby pokazać Polsce, że oto oni prowadzą prawdziwą rewolucję.
Konfederacja w lipcowych wyborach niemal na pewno nie wystawi "bohatera z Ikei" bo doskonale wiedzą, że nie ma szans. Ale te 5 tygodni kampani to dla nich darmowy czas antenowy w środku lata a ich elektorat to specyficzna, twarda grupa, która z kilku pragmatycznych powodów w lipcu i sierpniu nigdzie z miasta nie wyjedzie. Konfederacja doskonale o tym wie i właśnie na ten „wakacyjny beton” najbardziej liczy. Wykorzystają ten czas, aby promować swoich lokalnych działaczy, którzy w przypadku odwołania Rady Miasta będą musieli natychmiast wystartować w nowych wyborach samorządowych, bo głos ich wyborców przy niskiej frekwencji liczy się potrójnie. Krakowskie referendum i wybory to dla nich doskonały sposób na budowanie bazy pod przyszłe wybory parlamentarne.
Oficjalnie nie poprą Gibały, ale na "TikToku" od miłośnika hulajnogi popłynie przekaz podobny do tego, który znamy z pewnej kanpanii czyli : „Sami zdecydujcie, ale pamiętajcie, że kandydat KO to gwarancja Strefy Czystego Transportu, droższych biletów i betonozy. Trzeba odsunąć ten układ za wszelką cenę” XD.
I tak Konfederacja zakulisowo a PiS oficjalnie poprą Gibałę ale nie z miłości do Krakowa i mieszkańców, ale po to, żeby zrobić z niego swojego "zakładnika". Bo potem będzie trzeba spłacić dług wdzieczności. Bo w polityce zadne poparcie nigdy nie jest darmowe. Bo ceną za głosy prawicy bedą stanowiska wiceprezydentów, fotele prezesów w kluczowych krakowskich spółkach i podział miejskich dotacji.
Dla Konfederacji i PiS to układ idealny. Przejmą realny wpływ na Kraków i miejską kasę, bo Gibała, żeby rządzić miastem i uchwalać budżet będzie musiał mieć większość w Radzie Miasta. Bez radnych PiS i Konfederacji nie ma szans. To idealne narzędzie do "szantażowania" prezydenta przy każdej ważnej uchwale. Przy czym Konfederaci w przeciwieństwie do PiS wygrywają w tej sytuacji podwójnie, bo oficjalnie dla swoich wyborców wciąż pozostają „czystą i bezkompromisową” alternatywą".
Dlatego to czy iśc na referendum czy nie, to tak trudny temat i decyzja. Wyrzucając stary układ, nie dostajemy wcale bezpartyjnej, dobrej dla Krakowa i mieszkańców rewolucji. Wpuszczamy do magistratu tych samych ludzi i tylko tyle się zmieni, że drapieżny, twardy układ partyjny prawicy z krakowskich miliardów i spółek uczyni sobie swoje prywatne eldorado i bazę do walki z rządem centralnym.
Niestety część mieszkańców nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy, bo ich uwaga jest celowo przekierowywana przez mechanizm partyjnej manipulacji tak, by emocje całkowicie przysłaniały logikę i matematykę wyborczą. A PiS i Konfederaci to typowi wyborcy negatywni. Oni nie idą na referendum za konkretną, lepszą wizją Krakowa. Oni głosują emocjami i chwilą. Pójdą tam "przeciwko" obecnej władzy.
Oddając głos na odwołanie Miszalskiego w zaplanowanym na 24 maja referendum, tak naprawdę podpiszą zgodę na to, by ich partie weszły w dokładnie te same, głębokie i patologiczne układy, którymi oni sami "podobno" tak bardzo gardzą. Wierzą w bajki o "ruchu obywatelskim" dla dobra mieszkańców i "bezpartyjnym" sprawnym menedżerze nie dopuszczając do siebie myśli, że są tylko marionetkami i środkiem do celu dla partyjnych układów a ich ukochana partia idzie do tego magistratu dokładnie po te same stołki i profity które dziś tak głośno krytykuje. Myślą, że głosując robią rewolucję i wywracają stołki a w rzeczywistości dają się rozgrywać jak pionki.
Jakie jest wyǰscie z tej sytuacji? Iść czy nie iść?Czy wybrać chaos i ewentualne przedterminowe wybory w których jedynym bezpartyjnym i niezależnym jest Gibała, polityczny dłużnik prawicy a jego wybór to oddanie Krakowa w ręce nowej, populistycznej koalicji.
Czy dać szansę Miszalskiemu? W koncu "rządzi" miastem dopiero dwa lata, a w samorządzie to bardzo krótki czas. Pierwsze lata po zmianie tak długiej prezydentury jak jego poprzednika to kończenie starych projektów i przygotowywanie dokumentacji pod własne. A nowe projekty już są. Uruchomiono projekty budowy miejskich mieszkań na wynajem, placówek edukacyjnych i opiekuńczych. Wynegocjowano deklaracje miliardowego rządowego wsparcia finansowego dla Krakowa na budowę metra co odciąży krakowski budżet. Przerwanie tego wszystkiego z powodu referendum to wyrzucenie dotychczasowej pracy przy metrze do kosza i pisanie planów od nowa.
Długi też nie są tylko jego dziełem. Miasto spłaca gigantyczne odsetki od starych kredytów Majchrowskiego, który zostawił miasto z gigantycznym długiem wynoszącym ok. 6 miliardów złotych. Obsługa długu kosztuje już ponad 400 mln zł rocznie. Kasa idzie też na zakończenie inwestycji poprzednika. Spłacamy Centrum Kongresowe ICE, Tauron Arena, Trasa Łagiewnicka, nowe linie tramwajowe. Miasto finansowało je z kredytów pod wkład własny do projektów unijnych
Do dlugów Krakowa dołożył się i PiS.
Grzmiąca o długach partia już wygodnie dla nich zapomniała jak pomiędzy 2019 a 2023 rokiem wprowadzili swój "polski nieład" i finanse wszystkich dużych miast w Polsce zostały przez nich zdemolowane. Sam Kraków stracił 1,5 do 2 miliardów złotych rocznie, przez co na bieżące wydatki (szkoły, komunikacja miejska) musiał pożyczać pieniądze. Hipokryci.
To Rada Miasta Krakowa a nie sam prezydent zatwierdza budżet i oficjalnie pozwala na zaciąganie kolejnych kredytów. To krakowscy radni, zarówno z KO, PiS i od Gibały powiększali dług miasta przez swoje coroczne „festiwale koncertu życzeń” do budżetu, brak odwagi do wprowadzania oszczędności i klepaniem zgód na kredyty pod inwestycje.
Z drugiej strony po wygranych wyborach, zamiast zapowiadanych w obietnicach wyborczych otwartych, transparentnych konkursów i haseł o „Nowej Jakości” mieliśmy klasyczne spłacanie długów;
W krakowskich spółkach doszło do masowej wymiany kadr na ludzi z jasnym kluczem partyjnym.
Słynna sprawa wiceprezydenctwa Mazura. Za poparcie fotel
Głośny wynik audytu 20 lat rządów Majchrowskiego z którego nie wyciągnięto żadnych konsekwencji karnych ani nie zwolniono dyscyplinarnie kluczowych dyrektorów tylko podsumowano stwierdzeniem o konieczności „poprawy procedur”.
Kombinacje w których urzędnicy Majchrowskiego zamiast stracić pracę w urzędzie, byli po prostu przesuwani do innych wydziałów lub spółek córek.
To rozczarowuje wyborców. Zamiast obiecywanej rewolucji mamy ten sam system, w którym dawne i nowe elity bezpiecznie dzielą się wpływami w mieście. I to własnie z tego powodu referendum dochodzi do skutku.
Cała ta sytuacja, wzajemne obrzucanie się błotem sprawia, że wielu umiarkowanych krakowian czuje ogromny niesmak.
Ani ze strony głowych aktorów tego przedstawienia, ani ze strony radnych miejskich nie ma żadnej merytoryki, dyskusji o konkretnych programach, finansach miasta, rozwoju sieci metra czy zarządzaniu. Są za to wzajemne oskarżenia, wątki personalne oraz budowanie poczucia zagrożenia przed przeciwnym obozem. Ba, niektórzy radni w swoich materiałach w przestrzeni publicznej celowo unikają trudnych tematów traktując mieszkańców protekcjonalnie dając im do zrozumienia, że i tak nie zrozumieją zawiłości z jakim wiąże się zarządzanie miastem. Krytyczne pytania mieszkańców są przez nich zbywane ogólnikami albo milczeniem. Albo atakiem sfory. Smialeś zadać politykowi niewygodne pytanie to licz się z tym, że pod twoim komenatrzem udzieli się grupa jego oddanych wyznawców i zasypie cię masą agresywnych komentarzy.
Niestety radni jednej i drugiej strony barykady maja ludzi za za przeproszeniem " idiotów".
Niestety w tym całym referendum nie ma czystego, dobrego wyboru. Każdy z nich to kalkulacja innego niebezpieczeństwa. To decyzja w oparciu o to, które zło jest mniejsze i bardziej bezpieczne
Dlatego to, czy ktoś pójdzie na to referendum, czy je zbojkotuje, czy odda głos na „tak”, czy na „nie” – to jest wyłącznie jego indywidualna sprawa.
Nic nikomu do tego, co kto czuje i jakie ma dylematy. Nikt nie ma prawa rozliczać mieszkańców Krakowa z osobistych decyzji w obliczu tak głębokiego kryzysu zaufania publicznego.
Zostanie w domu z powodu niechęci do tej "tróǰcy" której tak naprawdę chodzi tylko o władzę a nie o dobro mieszkańców jest tak samo logiczne i w pełni uzasadnione, jak pójście do urny ze złości na olewanie ludzi i postępowanie magistratu. Jedni pójdą, drudzy zbojkotują. Ale ani partyjni liderzy, ani opłacani spece od marketingu, pyskacze i akolici którejkolwiek ze stron nie mają prawa nikogo oceniać, wyzywać i krytykować.
Najbardziej smutne jest to, że Kraków królewskie miasto dialogu, kultury i akademickiej dyskusji stał się sceną dla brutalnej plemiennej wojny. Niestety, ogólnopolska polaryzacja ostatecznie dotarła także tu. Ludzie na szczycie nie potrafia już uprawiać innej tej "prawdziwej" polityki. Politologiczna prawda o polaryzacji jest taka, że wszystkie te trzy strony potrzebują siebie nawzajem do politycznego przeżycia. PiS mobilizuje swój elektorat strasząc Tuskiem, PO rozdawnictwem PiS. Konfederacja która nie zaszczepiła polaryzacji w Polsce, ale na niej wyrosła i nauczyła się nią zarządzać, udaje jedyną realną, antysystemową alternatywę dla duopolu PO-PiS. Używają haseł o „końcu wojny polsko-polskiej” i przekonują młodszych wyborców, że starsze partie sztucznie dzielą Polaków by ukryć własne błędy i wspólnie wymieniać się stołkami. Hipokryci do kwadratu. Na poziomie krajowym ostro walczą z PiS a w stolicy Małopolski bez problemu wchodzą w lokalny sojusz referendalny ramię w ramię z PiS-em oraz Łukaszem Gibałą.
Straszne.
A gdzie w tym wszystkim jest zwykły, kochajacy swoje miasto czlowiek?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)