Fikcja literacka i filmowa rządzi się swoimi prawami. Obraz filmowy musi opierać się na konkrecie i przypadkach jednostkowych, na losach, perypetiach i emocjach jednostek. Znacznie trudniej pokazać los wspólnoty, bo tu trzeba operować na obydwu poziomach: jednostkowym i społecznym. Tak więc w wyobraźni reżysera i widza prym wiedzie jednostka.
Tymczasem nauka pokazuje, że jest odwrotnie, że los jednostek zależy od losu wspólnoty, czego dowiódł los Polski i Polaków w trakcie II WŚ. No, ale nie da się nakręcić żadnego filmu na podstawie opracowania naukowego. Trudno przełożyć abstrakcję na konkret.
Więc zabawmy się w reżysera i wyobraźmy sobie, że pani Agnieszka Holland żyje w czasach swojego ojca, peerelowskiego aparatczyka i kreci sowieckie filmy propagandowe o roli GUŁAGu w budowie socjalizmu. Pokazuje w nim pełną poświecenia i ofiarności na rzecz socjalistycznej ojczyzny pracę strażnika obozowego i kontrastuje jego postawę z obrazem paskudnego reakcjonisty, wroga ludu pracującego, odpracowującego swoje zbriodnie w obozie.
Przy pomocy dostępnych srodków filmowych realizacja filmu opartego na takim scenariuszu przeinaczającym prawdę historyczną to fraszka, igraszka dla zdolnego filmowca reżimowego.
NIc dziwnego, że pani Holland z latwością przyszło wejść w rolę swojej poprzedniczki, Reni Riefenstahl.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)