zmiennalosowa
dość nudne rozważania i to bez leadów
2 obserwujących
7 notek
2851 odsłon
238 odsłon

Obowiązki? – nie ma nic gorszego!

Wykop Skomentuj3

W sferze związanej z utrzymywaniem się przy życiu za pomocą posiadanych zasobów materialnych, od co najmniej stu lat, podejmowane są eksperymenty dostarczania ludziom środków „według potrzeb”. W ostatnich latach przedsięwzięcia takie, pod nazwą UBI/BIG (Universal Basic Income, Basic Income Guarantee – po polsku: Bezwarunkowy Dochód Podstawowy) są testowane w wielu krajach świata. Nie przynoszą dobrych rezultatów… 


Z kolei, od tysięcy lat (albo i od zarania ludzkości) utrzymywanie się w rodzinie, grupie społecznej, grupie wyznaniowej, w plemieniu, narodzie, jest zapewniane dzięki innej walucie – „spełnianym obowiązkom” (walucie nieprzerwanie zresztą wymienialnej na dobra materialne; wykonanie własnych obowiązków przez kogoś innego zawsze można kupić). Obowiązki, które zostały przez człowieka wypełnione dają mu immunitet. Społeczność (szersza lub węższa) toleruje go (choćby i kochała… ale nie będę teraz wchodził w gradację zjawiska, takiej czy innej, akceptacji).


Niemal każda (kto wie, czy nie bezwzględnie każda?) działalność, w szczególności taka, która przekształca świat – przede wszystkim materialny (to najłatwiej sprawdzić, zmierzyć, schronologizować)… czy też świat uczuciowy, świat intelektualny, może i świat „duchowy” (jeśli da się na taki oddziaływać) – skutkuje zaciąganiem zobowiązań. (Niektórzy wyrażają to prościej – że obowiązki są nierozerwalnie związane z przywilejami. Wolałbym jednak nie używać określenia „przywilej” na nieuchronne czynności życiowe. Rzeczywistość staje się wtedy, w zbyt oczywisty sposób, „windykacyjna”* wobec nas.)


Zwyczaj, zasada, przykazanie, przepis, prawo – zasadniczo powstają tam, gdzie instynkty i pragnienia jednostek prowadzą do konfliktów, niepewności „jutra” (w relacjach) oraz niepraktycznej destabilizacji czy braku kooperacji w grupie. Żeby ciągle nie wracać do szarpania się, cietrzewienia albo wyłączania jednostek poza grupę, powstały – odpowiednie, zarówno dla rodzajów grup, jaki i pozycji jednostek (chociaż z tymi pozycjami, w czasach „demokracji”, już nie tak różowo) – „regulaminy” postępowania. Wygląda to bardzo rozsądnie i nadaje się nawet do opiewania przez trubadurów.


Pytanie azaliż, jaka jest główna motywacja tzw. jednostki, żeby właściwe sobie regulaminy wykonywać? Twierdzę (badania nie byłyby bardzo skomplikowane, całkiem prawdopodobne, że już zostały przez kogoś przeprowadzone; ponieważ ani badań nie wykonałem ani na cudze się nie powołuję, pozostaje mi zatrzymać się na etapie postulowanej przyczyny), że tą motywacją, mniej lub bardziej uświadomioną, jest strach przed, najogólniej mówiąc, „złymi relacjami” z grupą. Strach, mimo że tak powszechny (i oswajany na wiele sposobów) jest trochę wstydliwy, zwłaszcza jeśli ktoś jest uznanym bohaterem lub zamiaruje za takiego uchodzić (nawet gdyby zaledwie bohatera „pracy i płacy”… albo bardziej poetycko – „syn, dom, drzewo”, wiadomo).


Dlatego w świecie pełnym regulaminów tworzy się oksymoroniczne połączenia: obowiązek wzięcia urlopu, obowiązkowe ubezpieczenie, obowiązkowy i odpowiedzialny… wreszcie zaszczytny obowiązek i przepisy (!), które obowiązują ludzi (tak same z siebie; autor, choćby ten deontyczny tylko [zapewne ze strachu] się ulotnił).


Czy zmierzam do anarchistycznego stwierdzenia, że prawo i stanowione, i zwyczajowe powinno być odrzucone? Nie. Wzniosę się na wyżyny protekcjonalności i powiem, że „prawo (jako instrukcja postępowania**) może w wielu sytuacjach mieć głęboki sens”.


Zdecydowanie brakuje mi tu „opcji zerowej”.


Ten, co spełnia swoje obowiązki:

- wyeliminował ryzyko uznania siebie za jednostkę, która przeciwstawiła się grupie czy społeczeństwu;

- wzrasta w samoocenie, wiedząc, że „jego nie ruszą, podczas kiedy innych mogą”;

Inni czują się z takim pewnie (wersja dumna: „ach, jaki obowiązkowy”; wersja przykra: „niespełnione obowiązki nie dałyby mu spać po nocach” – ta obsesja wyznacza mu czytelne schematy postępowania).


Ten, który świadomie występuje przeciw obowiązkom (zwyczajom, przykazaniom, przepisom, prawom):

- uznaje, że I did it my way (kojarzycie piosenkę Sinatry, znaną również w dziesiątkach aranżacji innych wykonawców?) bywa ważniejsze od tego, co narzucone;

- uważa, że obowiązki nie powinny działać na tyle uniwersalnie (np. w odniesieniu do wszystkich ludzi, wszystkich okoliczności), jak się powszechnie przyjmuje;

- zamienił walkę ze strachem przed narażeniem się społeczności, na walkę z (upierdliwymi) przedstawicielami tej społeczności (częste psychologiczne uwarunkowanie „przestępców” – lepsze napięcie podczas realnej walki niż rozmyta a wszechogarniająca groza nakazów i zakazów);

- wzrasta w samoocenie swojej praktyczności (wyeliminował czy też wyprzedził resztę frajerów).


Jak widać – można mieć całkiem dobre powody, żeby działać wbrew prawu. To się kupy trzyma… Co prawda inni rzadko kiedy czuliby się pewnie przy takim osobniku (no… od czego przyjęcie odmiennej perspektywy i zachwyt właśnie nad wymienioną praktycznością i/lub nad relacjami wewnątrz „zdeprawowanej” grupy, do której człowiek świadomie łamiący prawo należy? poza tym – zachwyt nad jego odwagą).

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo