
Hulajnoga w śniegu, stan na dzień 20.01.26, godz. 8:39. Fot. autor.
Od dłuższego czasu spaceruję z moimi psami w pobliżu wielkiego supermarketu z rozległym parkingiem — miejsca, które stało się dziś jednym z najważniejszych punktów życia społecznego. Betonowa przestrzeń pełna samochodów, anonimowy tłum krążący między półkami, wózkami i promocjami. Ruch, hałas, pośpiech. A jednak — całkowita pustka moralna.
Tuż przy tym parkingu, od wielu tygodni, w śniegu, lodzie i błocie leży porzucona elektryczna hulajnoga. Przedmiot publicznego użytku. Symbol nowoczesności. Symbol rzekomej troski o środowisko. Symbol epoki, która chętnie wygłasza moralne hasła, ale nie potrafi wykonać najprostszego gestu odpowiedzialności. Hulajnoga niszczeje, gnije, rozkłada się w wilgoci — i nikt tego nie widzi. Albo raczej: wszyscy widzą, ale nikt nie reaguje.
To nie jest już tylko kwestia sprzętu. To jest świadectwo społecznej znieczulicy. W świecie, który obsesyjnie mówi o ratowaniu planety, nikt nie potrafi zadbać o wspólne dobro leżące pod jego własnymi stopami. Ekologia stała się tu nie troską, lecz ideologią — wygodnym sloganem, który zwalnia z realnej odpowiedzialności. Człowiek ma zniknąć, przyroda „sobie poradzi”. Tyle że wraz z człowiekiem znika także elementarna empatia.
W społeczeństwie, w którym konsumpcja została podniesiona do rangi sacrum, supermarkety stały się nowymi świątyniami, a zakupy — jedynym akceptowanym rytuałem wspólnotowym. Obywatelskość, odpowiedzialność za przestrzeń wspólną, poczucie dobra publicznego — wszystko to zostało zdegradowane do zbędnego balastu. Liczy się tylko nabywać, gromadzić i konsumować. Reszta nie istnieje.
Nie jest więc zaskoczeniem, że w naszej stolicy zamarzła para starszych ludzi. Ludzi słabych, samotnych, zapewne głodnych i opuszczonych. Umarli w ciszy — i ta cisza była krzykiem oskarżenia (link: https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/dramat-w-warszawie-starsze-malzenstwo-mialo-zamarznac-w-nieogrzewanym-domu/fqpjsf9.)
Żaden polityk nie poczuł potrzeby, by się zatrzymać, by okazać współczucie, by zadać pytanie o odpowiedzialność państwa i społeczeństwa. Zamiast tego publiczna debata toczyła się dalej, jakby nic się nie stało.
Żaden polityk nie poczuł potrzeby, by się zatrzymać, by okazać współczucie, by zadać pytanie o odpowiedzialność państwa i społeczeństwa. Zamiast tego publiczna debata toczyła się dalej, jakby nic się nie stało.
Ważniejsze okazało się rozważanie, czy w dokumentach administracyjnych słowa „mąż” i „żona” nie powinny zostać zastąpione technicznymi określeniami „małżonek pierwszy” i „małżonek drugi”. W obliczu śmierci dwojga ludzi największym problemem stało się nazewnictwo. W obliczu tragedii — język, albo slogany polityczne: czy jakiś zbankrutowany polityk "przejmie pałeczkę" lub kto zostanie szefem pewnej beznadziejnej i zbankrutowanej partii.
I tak o tej śmierci nie powie się, że zmarli mąż i żona. Powie się, że odeszli: małżonek pierwszy i małżonek drugi. Bezimienni, odczłowieczeni, sprowadzeni do urzędowej formuły.
Hulajnoga nadal leży w śniegu. Ludzie nadal chodzą na zakupy. A społeczeństwo, które nie potrafi podnieść ani przedmiotu publicznego, ani drugiego człowieka, coraz bardziej pogrąża się w moralnym mrozie — znacznie groźniejszym niż ten, który zabija zimą na ulicach i w zimnych nędznych domach przy akompaniamencie głodu.
Postscriptum
Hulajnogę podniosłem, jak poszedłem drugi raz z psami na spacer, teraz stoi.
Hulajnogę podniosłem, jak poszedłem drugi raz z psami na spacer, teraz stoi.
Hulajnoga stoi, stan na dzień 20.01.26, godz. 8:48; fot. autor.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)