Prof. Flis: Mówienie, że polska scena polityczna się wali to duża przesada

Rząd liczy, że milardy z UE zapewnią mu sukces. fot. Flickr/premierrp
Rząd liczy, że milardy z UE zapewnią mu sukces. fot. Flickr/premierrp

Już rok temu wydawało się, że wszystko zmierza ku katastrofie, że zarówno może się rozpaść koalicja rządząca, a po stronie opozycji Platforma może przestać się liczyć. I bardzo szybko ta polityka weszła we wcześniejsze koleiny – mówi Salonowi24 prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Trwa polityczne przesilenie i to po wszystkich stronach sceny politycznej. Czy uprawnione jest twierdzenie, że następuje moment zwrotny i czeka nas gruntowne przemeblowanie, koniec jednych partii i początek nowych?

Prof. Jarosław Flis: Nie, to wszystko spekulacje medialne. Media potrzebują oczywiście takich sensacyjnych newsów, bo pisanie, że nic się nie dzieje, nic się nie zmienia, byłoby czymś mało interesującym. Więc siłą rzeczy mamy podkręcanie atmosfery, mówienie, że oto rozpadnie się koalicja, a opozycja też się całkiem zmieni, jakieś partie przestaną istnieć.

Ale napięcia są realne, trudno mówić, że nic się nie dzieje.

Oczywiście nie można powiedzieć, że nic się nie dzieje. Ale przypomnę, że już rok temu wydawało się, że wszystko zmierza ku katastrofie, że zarówno może się rozpaść koalicja rządząca, jak i po stronie opozycji Platforma może przestać się liczyć. I bardzo szybko ta polityka weszła we wcześniejsze koleiny. Jesienią znów wydawało się, że będzie potężny kryzys w koalicji rządzącej, i został on zażegnany. Ostatnio też wyglądało na jakieś pęknięcie, że wszystko zmierza w kierunku zderzenia ze ścianą. A tu jednak partie tworzące Zjednoczoną Prawicę dogadały się. Inna sprawa, czy to porozumienie jest trwałe. Zapewne nie i kolejne kryzysy są kwestią czasu. Jednak też w Zjednoczonej Prawicy mają świadomość, że można się zżymać na Zbigniewa Ziobrę, ale nie ma dla niego alternatywy, jeśli rząd chce zachować większość. Ma to rzecz jasna swoją cenę. Oczywiście jeśli chodzi o przyszłość, znaczenie będzie mieć jeszcze wiele czynników. Zbliża się koniec pandemii. Będą miliardy z Unii Europejskiej, które rząd będzie chciał wykorzystać, sprzedać to jako sukces. Ale też bym tego nie przeceniał, bo pamiętamy, że Donald Tusk też swego czasu liczył na 300 miliardów z Unii Europejskiej, a wcale poparcia partii rządzącej jakoś one wtedy nie wywindowały.

Koalicja ma swoje problemy, ale też jest konflikt po stronie opozycyjnej.

Też bym go nie przeceniał. Oczywiście może dojść do zmiany przywództwa w Platformie Obywatelskiej. Tylko pytanie, kto miałby zastąpić Borysa Budkę. Wśród nazwisk, które padają, jedynym realnie mogącym to udźwignąć, jest przy wszelkich zastrzeżeniach Rafał Trzaskowski. Pytanie, jakim prezydent Warszawy byłby liderem. No i drugie pytanie – jak to będzie wyglądać. Czy Budka będzie się tak kurczowo trzymał stanowiska jak Schetyna, czy też ustąpi.

Mówiąc o opozycji miałem na myśli nie tylko Koalicję Obywatelską, ale całą opozycję. Bo jest tam KO z problemami, jest rosnący w siłę ruch Szymona Hołowni, jest też PSL i plany „nowej chadecji”, do której akces zgłosił były prezydent Bronisław Komorowski. Wreszcie – Lewica, która zawarła porozumienie z PiS-em w sprawie środków z UE. I pojawił się pogląd, wyrażony choćby przez prof. Kika, że PiS wpuścił lisa do kurnika, bo Lewica jeśli odrzuci skrajności i postawi na elektorat socjalny, może podebrać wyborców PiS. Inny pogląd głosi, że PiS z Lewicą mogą podzielić scenę między siebie, marginalizując PO?

Jeśli chodzi o dzielenie sceny to ja przypomnę, że już raz był taki pomysł. W roku 2007 pojawił się plan debaty Jarosława Kaczyńskiego z Aleksandrem Kwaśniewskim, która to debata miała całkowicie wyeliminować z gry Donalda Tuska. Po wyborach Tusk był premierem, a PO przejęła władzę na osiem lat. Obecne porozumienie Lewicy z PiS jest całkowicie niezrozumiałe właśnie z punktu widzenia lewicowego wyborcy.

Dlaczego?

Wszelkie badania wskazują, że elektoratem najdalszym, najbardziej skrajnie odległym od Zjednoczonej Prawicy, jest elektorat lewicowy. Dla tych wyborców porozumienie z partią rządzącą jest znacznie trudniejsze do zaakceptowania, niż dla wyborców innych ugrupowań. Jako mrzonkę trzeba też uznać teorie, jakoby Lewica, której poparcie dziś wynosi około 10 proc., a zdarza się, że mniej, nagle miała zyskać poparcie rzędu 30 proc. i przejęła rolę głównej siły opozycyjnej. Na to się nie zanosi.

Rozmawiał Przemysław Harczuk

Lubię to! Skomentuj21 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka