Przyszła koalicja PiSu i Lewicy ma głęboki sens i dobre widoki na przyszłość

Prezes PiS Jarosław Kaczyński (P), wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (2P), poseł PiS Antoni Macierewicz (L) i wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (2L) na sali sejmowej. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Prezes PiS Jarosław Kaczyński (P), wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (2P), poseł PiS Antoni Macierewicz (L) i wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (2L) na sali sejmowej. Fot. PAP/Radek Pietruszka

Powiedzieć, że tekst Lewica i Kaczyści są sobie pisani wzbudził duże zainteresowanie, to nic nie powiedzieć.

Jest krzyk, darcie szat i zgrzytanie zębami. I nic dziwnego! Bo powiedzmy sobie szczerze: myśl, że tylko polityczny mariaż Zjednoczonej Prawicy oraz politycznej lewicy może ostatecznie pogrzebać truchło neoliberalnej III RP szokuje właśnie dlatego, bo jest najczystszym bluźnierstwem. Bluźnierstwem w tym sensie, że każe wyjść poza dogmatyczne sposoby myślenia o polskiej scenie politycznej. Krytycy przedstawionego tu toku dzielą się (z grubsza) na tych, co uważają, że „tak się nie da”. Oraz na tych, co twierdzą, że „tak nie wolno”. I jednym i drugim polecam, by zmierzyli się z czterema głównymi powodami, dla których współpraca PiSu i lewicy ma (dla obu stron) zarówno głęboki sens, jak i dobre widoki na przyszłość. Sprawdźcie, czy potraficie te trzy powody obalić?

Powód pierwszy: bo polityk to nie mnich

Czego oczekujecie od polityka? Czy tego, by pięknie przegrywał? Czy mam uwierzyć, że głosujecie wyłącznie na tych, co w posiadaniu racji (moralnej, merytorycznej i Bóg jeden wie jakiej jeszcze) przebijają 80-procentowy bimber. Ale gdy przychodzi do określenia ich wpływu na rzeczywistość to są słabsi niż piwo bezalkoholowe? I czy na serio chcecie mnie przekonać, że wasz wymarzony polityczny lider to taki, co nigdy nawet nie zbliżył się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za jakąkolwiek część tego wspólnego dobra zwanego Polską?

Jeśli tak faktycznie jest i jeśli takich właśnie chcecie mieć polityków to… zazdroszczę. Prawdopodobnie należycie bowiem do jakiejś wąziutkiej grupy w czepku urodzonych beneficjentów współczesnego kapitalizmu. Takich, co de facto nie chcą (bo nie muszą) niczego zmieniać. Spieszę jednak donieść, że większość ludzi nie ma takiego komfortu. Oni głosują i lokują swoje polityczne uczucia, bo liczą, że politycy jednak coś zmienią, coś załatwią. Albo odwrotnie. Powstrzymają przed wzięciem władzy przez tych, co ich u władzy nie chcą widzieć.

Ludziom tacy politycy, którzy wolą mieć rację niż wpływ nie są do niczego potrzebni. Ludzie na takich polityków nie głosują. A i bycie takim politykiem nie ma większego sensu.

Oczywiście nie jest tak, że polityk musi mieć wpływ zawsze i na wszystko (jedno i drugie bywa nawet niezdrowe). Nie jest również tak, że do bycia prawdziwym politykiem trzeba umiejętności godzenia się na absolutnie każdy kompromis. Ale gdy słyszę narzekania (i to płynące zarówno z lewicy, jak i z prawicy), że o koalicji Kaczyńskiego z Zandbergiem albo innym Czarzastym „w ogóle nie ma co rozmawiać” to wydaje mi się, że ocieramy się tu o tę drugą skrajność. Bo to trochę jakby ryba (gdyby umiała mówić) oświadczyła, że brzydzi się pływaniem w wodzie. A piłkarz nie pojechał na Euro, bo ma alergię na kopanie piłki. Tu jest podobnie. Bo po co w ogóle głosować na środowiska polityczne, które nie chcą dostrzec jak wiele ich łączy i jak są sobie nawzajem (do zdobycia lub utrzymania władzy) potrzebni? Oczywiście rozumiem argumenty, że ktoś chce zachować polityczną czystość. I proszę bardzo wiele jest wspaniałych zakonów kultywujących tę cnotę. Zdaję sobie też sprawę z tego, że ktoś tak się przyzwyczaił do przegrywania, że nie umie inaczej. Zawsze może wtedy złożyć podanie o obywatelstwo Republiki San Marino i załapać się do tamtejszej reprezentacji piłkarskiej, której historyczny bilans to 1 wygrana, 6 remisów i ponad 160 porażek. Od polityków wymagajmy jednak, by byli politykami.

Powód drugi, bo lewica musi się zmienić (i prawica też)

Wszystko, co napisałem powyżej to oczywiście przytyk do dzisiejszej lewicy. Choć nie tylko. Ale zacznijmy od lewicy. A więc środowiska, które od 15 lat porusza się na opłotkach politycznej egzystencji. W związku z tym wielu na lewicy wyspecjalizowało się w tzw. robieniu dobrej miny do złej gry. Wciąż pocieszają się myślą, że „i na nich przyjdzie kolej”. Ileż to już razy słyszałem, że „i PiS i liberałowie się ostatecznie skompromitują”. A wtedy wkroczą oni - cali na biało. I wszystkim jeszcze pokażą. Niestety smutna (dla lewicy) prawda jest taka, że takie myślenie (samousprawiedliwienie) to najlepsza droga do osuwania się w coraz większą środowiskową frustrację, kompleksy i oderwanie od rzeczywistości. Bo życie się nie zatrzyma. Będzie się toczyło gdzie indziej. Ale raczej bez udziału lewicy.

Mówiąc zupełnie poważnie, to lewica najlepiej by zrobiła, gdyby wzięła przykład z prawicy. Oni przecież też tam byli. Przeganiani z mediów i urzędów państwowych, zdradzeni przez dawnych przyjaciół, sfrustrowani robieniem z nich antysemitów, nacjonalistów i innych ksenofobów. Ale potrafili się z tego wydobyć. Dzięki czemu od 2015 rządzą krajem. Ale przecież także przed nimi stoją wielkie wyzwania. Jasne jest, że Zjednoczona Prawica w obecnym kształcie nie będzie działać wiecznie. To formacja, która po roku 2015 poszła na frontalne starcie z III RP. Wbrew oczekiwaniom części swojego obozu tęskniącego za bardziej centrowym wyważonym (POPisowym) kursem. To sprawia, że w obozie kaczystowskim miejsce „sierot po POPiSie” (nazwijmy ich umownie gowinowcami) ktoś będzie musiał wypełnić. Prędzej czy później. Tym kimś może być szeroko rozumiana lewica. To szansa zarówno dla kaczystów jak i dla lewicowców. Tylko oboje muszą umieć to dostrzec. A jeśli nie zauważą, to też jednych i drugich warto będzie z tego rozliczyć.

Lubię to! Skomentuj234 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka