Były konsul w USA: To bolesne. Ale cel zamachowców z 11 września zaczyna się realizować

Fot. Pixabay
Fot. Pixabay
11 września jest tragiczny nie tylko z uwagi na śmierć tysięcy ludzi ale też z uwagi na to, że kończy pewną erę dominacji USA. Co dla nas, jako Polaków nie jest niestety ani miłe – bo identyfikujemy się z Ameryką, ani bezpieczne – bo świat bez dominacji Stanów Zjednoczonych na pewno bezpieczniejszy nie będzie – mówi Salonowi 24 Grzegorz Długi prawnik, dyplomata, były konsul RP w Chicago i Waszyngtonie.

Mija 20 lat od zamachów na wieżę World Trade Centre. I tak, jak Kongres Wiedeński określany jest jako symboliczny początek XIX wieku, a zamach na arcyksięcia Ferdynanda i wybuch I wojny światowej jako początek XX wieku, tak zamach w Nowym Jorku można uznać za datę graniczną między XX i XXI stuleciem. Zgadza się Pan z tą opinią?

Grzegorz Długi: Z perspektywy tych dwóch dekad zamach na World Trade Centre można ocenić nie tylko jako symboliczny początek XXI wieku, ale też jako symboliczne wydarzenie, punkt zwrotny w historii stosunków międzynarodowych. Jest to chyba początek spadku znaczenia Ameryki. Nie oznacza to, że Stany gwałtownie przestały się liczyć, przecież zaraz po zamachach mieliśmy interwencje w Afganistanie i Iraku. Kosztowało to życie tysięcy żołnierzy i cywilów a także gigantyczne koszty budżetowe. Nie zmieniło to jednak tendencji i widać wyraźnie, że na przestrzeni tych dwudziestu lat pozycja USA mocno osłabła. To jest wręcz bolesne i paradoksalne ale jeżeli nic nie będzie uczynione, to cel zamachowców, osłabienie Ameryki, zacznie być osiągany. Ameryka przestaje przewodzić w większości dziedzin. A to wszystko zbiega się w czasie ze wzrostem potęgi ekonomicznej, politycznej a coraz bardziej również militarnej Chin. Energia polityczna Stanów Zjednoczonych skupia się na sprawach rasowych, obyczajowych, ideologicznych (w prymitywnym sensie) i innych "miękich". Ameryka to ciągle najsilniejsza armia ale skupiona na "równości" no i w dzisiejszym świecie zaczynają się liczyć inne czynniki niż militarne. 11 września jest więc tragiczny nie tylko z uwagi na śmierć tysięcy ludzi ale też z uwagi na to, że kończy pewną erę dominacji USA. Co dla nas, jako Polaków nie jest niestety ani miłe – bo identyfikujemy się z Ameryką, ani bezpieczne – bo świat bez dominacji Stanów Zjednoczonych na pewno bezpieczniejszy nie będzie.

Przeczytaj też:

Symbol ery Merkel. "Jedna ręka ratuje opozycjonistów, druga wspiera reżim, który zabija"

No i w tej sytuacji, już z punktu widzenia Polski, ważne są relacje w ramach Unii Europejskiej, w tym oczywiście stosunki z Niemcami. Właśnie przybyła do Polski kanclerz Angela Merkel. Rządzi bardzo długo, zaczynała za pierwszego rządu PiS, gdy Prawo i Sprawiedliwość współrządziło z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Kierowała niemieckim rządem przez cały okres rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. I przez półtorej kadencji PiS. Teraz oddaje władzę. Jest to więc czas podsumowań. I jedni komentatorzy twierdzą, że choć pani kanclerz ma wady, to dla Polski była najlepszą opcją. Inni znów przekonują, że jej rządy były katastrofa i dla Niemiec, i dla Polski. Kto ma rację?

Przede wszystkim warto zdawać sobie sprawę ze specyfiki niemieckiej sceny politycznej. Od lat jest tam ciekawy układ – wobec rządu nie ma realnej opozycji. Z prostej przyczyny – tam największe siły polityczne dogadują się ze sobą, tworząc "wielką koalicję". I sojusz dwóch największych, przeciwstawnych zdawałoby się partii – chrześcijańsko-demokratycznej CDU i socjaldemokratycznej SPD – nie jest tam niczym dziwnym. Twarda opozycja jest domeną ugrupowań uznanych za skrajne, jak Alternatywa dla Niemiec (AFD), które są na cenzurowanym. To bardzo ciekawe z politologicznego punktu widzenia. Trochę z zazdrością patrzę na niemiecką scenę. Bo obecnie u nas gdy podejmowane są cywilizacyjne wyzwania, to cudownie byłoby, gdyby największe siły w Polsce mogły zawrzeć konsensus. Ale widać polski temperament polityczny jest inny.

A stosunek Merkel i niemieckich władz wobec Polski?

Tu można te relacje podzielić na dwa etapy. W pierwszym kanclerz Angela Merkel wydawała się dość życzliwa wobec Polski. Nawet niektórzy doszukiwali się wpływu polskich korzeni niemieckiej kanclerz, która ma jedną czwartą polskiej krwi. Ale potem to się zmieniło w momencie, gdy doszły kwestie relacji z Rosją. Znów był budowany niekorzystny dla nas polityczny niemiecko-rosyjski most nad głowami Polaków. To wpłynęło na negatywne oceny kanclerz Niemiec. Ale jej kadencji i stosunku do Polski nie można ocenić jednoznacznie.

Wpływ na relacje z rządem Merkel miała chyba też zmiana władzy w Polsce w 2015 roku?

Ale proszę zwrócić uwagę, że w pierwszym okresie politycy niemieccy nie wypowiadali się jakoś jednoznacznie na temat polskiego rządu. Ostrą krytykę zostawiali niemieckiej prasie – tu faktycznie mieliśmy do czynienia z bardzo nieprzychylnymi artykułami. Ale politycy zachowywali się bardzo powściągliwie. I dopiero po kilku latach zaczęły pojawiać się słowa krytyki. Natomiast bardzo ciekawy i wart obserwacji jest pewien model niemieckiej polityki, w którym główne siły zawierały konsensus ponad podziałami, w efekcie rząd działał bez twardej opozycji.

Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo