Co czytać latem? Subiektywny przewodnik wakacyjny

CCO
CCO
Latem czyta się inaczej. Więcej jest na to czasu i przestrzeni. Nawet światło lepsze. Ale co czytać, gdy już wreszcie można?

Aby odpowiedzieć trzeba się zatrzymać nad pytaniem pomocniczym „po co?”. Po co czytamy latem? Moim zdaniem latem czytamy po to, by wyleczyć kaca po niezdrowym, niehigienicznym i wołającym o pomstę do nieba czytaniu uprawianym przez większość z nas przez resztę roku. To znaczy po czytaniu użytkowym. Szybkim, pobieżnym, niestarannym. Wszystko to robimy oczywiście po to, by przetrwać w trudnych warunkach kapitalizmu. Gdzie poprzeczkę trzeba umieć wieszać sobie odpowiednio nisko. To znaczy tak, żeby do niej doskoczyć. I zaraz móc skakać dalej. Tu liczy się właśnie czytanie szybkie, po łebkach, niedokładne. W tej konkurencji perfekcjoniści przegrywają.

Lato daje nadzieje, że można inaczej. Nadzieja ta powraca co roku. Odpowiednio pielęgnowana prowadzić nas może czterema ścieżkami.

Ścieżka pierwsza: czytam, żeby odpocząć

Najlepiej odpoczywa się robiąc rzeczy, które sprawiają przyjemność. Dlatego urlop to dobry czas, żeby iść do książek, które przez większą część roku uchodzą dla nas za zbyt przyjemne, by mogły być pożyteczne. Ja w tej kategorii czytam od lat książki o historii futbolu. Najlepiej pochodzące z publikowanej od lat 90. serii Encyklopedii Piłkarskich FUJI. Jej autorem był legendarny (zmarł w czasie pandemii covid-19) Andrzej Gowarzewski. Zagłoba polskiego dziennikarstwa sportowego, niestrudzony statystyk futbolu. Człowiek, który był internetem zanim powstał internet. Potrafił na przykład nakłonić pracującego w Brazylii polskiego księdza, by w czasie mszy ogłosił z kościelnej ambony, że poszukuje… informacji o dalszych losach członków reprezentacji Brazylii, która w 1938 roku na mundialu zmierzyła się z Polską.

Tego lata czytam tom jego encyklopedii z roku 1996 o dawnych edycjach dawnego Pucharu UEFA. Który teraz nazywa się Liga Europy, a startował pod koniec lat 50. jako Puchar Miast Targowych. Przed oczami przemykają mi tam kolejne dekady, generacje piłkarzy, ich fryzury, ustawienia taktyczne czy sylwetki charyzmatycznych trenerów. Najpierw sukcesy klubów hiszpańskich potem dominacja twardego i brudnego angielskiego grania, potem stara zachodnioniemiecka szkoła i wreszcie szturm klubów włoskich, wraz z którym do piłki zaczynają wchodzić nieziemsko duże pieniądze. Wszystko to przetykaną niesamowitymi (i niemożliwymi już dziś do powtórzenia) sukcesami ubogich krewnych: Dinama Zagrzeb albo IFK Goeteborg. To wspomnienie futbolu bardziej egalitarnego. Piłki, której już dziś nie ma i która już raczej nie wróci.

Ścieżką druga: czytam, żeby doczytać

Praktykuję naczytywanie. Czy Państwo też? Naczytywanie polega na tym, że trafiasz na coś ciekawego i myślisz sobie „jeszcze z tobą nie skończyłem”. Ale księga gruba, a czasu żeby się na niej skupić nigdy nie ma. Wakacje to unikalna szansa na powrót do takich lektur napoczętych. Niedokończonych, przerwanych albo haniebnie porzuconych na święte nigdy. Może kiedyś uda mi się tym sposobem dokończyć „Dom Władzy” Jurija Slezkine’a. Absolutnie niesamowitą opowieść (non fiction) o losach mieszkańców słynnego „Domu nad rzeką Moskwą”. Zbudowanego pod koniec lat 20. dla - prawie - najważniejszych radzieckich aparatczyków. „Prawie”, bo ci najważniejsi mieszkali po drugiej stronie rzeki - na Kremlu. Świetna rzecz, która układa się na portret fenomenu rewolucji bolszewickiej, z którego wreszcie można coś zrozumieć. Albo „Elastyczny Mózg” Leonarda Mlodinowa. Amerykańskiego fizyka, którego ojciec był przywódcą żydowskiego ruchu oporu w częstochowskim getcie. A który to Mlodinow pięknie pisze o tym jak dbać o swój najważniejszy organ. Oczywiście ten odpowiedzialny za myślenie. Tak, by nam się po drodze nie zużył.

Ścieżka trzecia: czytam, żeby dać się porwać

Nie ma bardziej irytującej formy literackiej niż opowiadanie. Ledwo się człowiek zaprzyjaźni z bohaterami, a tu już trzeba się żegnać. Jaki to ma sens? Dlatego lepsze są sagi. A jeszcze lepsze dzienniki. Najlepiej prowadzona przez całe życie. Moje osobiste zdobycze ostatnich lat na tym polu to „Biografia polityczna Jana Józefa Lipskiego” autorstwa Łukasza Garbala. Wprawdzie nie dziennik, bo takiego twórca odrodzonej PPS nigdy nie prowadził . Ale jego biograf przybrał metodę polegającą na absolutnym niefiltrowaniu swoich materiałów. Dzięki czemu wyszedł mu jakby dziennik. To znaczy zapis co politycznego nasz bohater robi każdego w zasadzie dnia. Świetny to portret spiskujących PRLowskich inteligentów sprzed karnawału „Solidarności”. Jestem też piewcą „Dzienników” niemieckiego dziennikarza, pisarza i krytyka literackiego Fritza J. Raddatza. Raddatz pisał je w latach 1982-2012. Jest tu cudownie wiele żółci wylanej na karty tej książki z powodu monstrualnego - zdaniem Raddatza - egocentryzmu tych wszystkich „osobnych planet” czyli wierchuszki artystycznej RFN i Francji końcówki XX wieku (Grass, Cioran, Kempowski, Donhoff), z którą się przyjaźnił. Świat intelektualistów, którzy nie czytają niczego… poza sobą samym. A przecież dobrych dzienników jest tak wiele: Goncourtowie, Iwaszkiwicz, Dąbrowska, Kisiel. Aż strach, że nie starczy lata.

Ścieżka czwarta: czytam, żeby być bliżej przyjaciół

Uwaga! Nie jest to propozycja dla wszystkich. Niektórym może się ona wydawać wręcz niemoralna. Naruszająca ludzką intymność w stopniu porównywalnym z zachętą do wymiany partnerów seksualnych. Chodzi o wspólne czytanie na głos. Ja lubię. I polecam. Moim zdaniem najlepsze do tego są kryminały. Mam na koncie Zygmunta Miłoszewskiego. Ale jeszcze z czasów, gdy miał pazur („Uwikłanie”, „Gniew”) zanim odkrył media społecznościowe, zaprzyjaźnił się z Marcinem Mellerem i stał się tak nieznośnie gazetowyborczy. Inni? Próbowałem książek Bondy, ale jakoś nie chwyciło. Chmielarz? Może trzeba spróbować. Ostatnio poszliśmy z przyjaciółmi w „Alibi” Adama Nasielskiego. To jest kryminał z roku 1933 (wznowiony w 2013). Albert Godlewski mieszkający w al. Róż w Warszawie zaprasza do siebie grupkę przyjaciół. Podaje aperitif po czym oświadcza, że rano otrzymał telegram następującej treści: „dziś wieczorem umrzesz we własnym domu”. Zanim opróżniona zostanie druga butelka wina Godlewski… a z resztą, sprawdźcie sobie sami.

Czytaj dalej:


Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka