„Ludzie rodzą dzieci na własną pociechę i na pomoc w starości” – zauważył u schyłku starożytności św. Augustyn. Do podobnych wniosków – w lutym bieżącego roku – musiał dojść Waldemar Pawlak, gdyż stwierdził: „Ja nie za bardzo wierzę w państwowe emerytury, także staram się zabezpieczyć sobie tę przyszłość przez oszczędności i przez dobre relacji z moimi dziećmi. To będzie pewniejsze, niż te wszystkie chimeryczne państwowe rozwiązania”. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś przyjdzie mi się w stu procentach zgodzić z Pierwszym Strażakiem RP. A jednak – co chłopski rozum, to chłopski rozum. Ja również chętniej inwestowałbym w rodzinę, niż w ZUS lub OFE.
Zresztą przez kilka tysięcy lat tak to przecież funkcjonowało. Rolę „systemu emerytalnego” bardzo dobrze spełniały wielodzietne rodziny. A i wychowanie latorośli musiało być lepsze – żaden rodzic nie chciał być przecież wyrzucony na bruk w momencie wejścia w wiek poprodukcyjny. Dzisiaj mamy domy starców. Pardon, „domy spokojnej starości” (termin wymyślony chyba tylko po to, żeby zarobić na uspokajaniu sumień nowoczesnych społeczeństw - „umieralnia” by się raczej nie sprzedała). W każdym razie istnieją miejsca, gdzie za (nie taką) drobną opłatą można oddać „niepotrzebnych” rodziców, otrzymawszy zapewnienie, że będzie im się tam umierało przyjemniej, niż wśród bliskich. Jeszcze nie tak dawno liberalnego podejścia do czwartego przykazania nie dało się tak łatwo usprawiedliwić.
Ale wróćmy do emerytur. W roku 1880 Otto von Bismarck zaczął wprowadzać swoje programy ubezpieczeń społecznych i wszystko się zmieniło. Dzisiaj już mało kto marzy o gromadce dzieci. A spora część spośród tych, którzy chcieliby zainwestować w rodzinę, ma poważne problemy z realizacją tych marzeń. Najczęściej z tak prozaicznej przyczyny, jak problemy finansowe. Nie tak łatwo zapewnić byt swoim pociechom, a państwo nie pali się przecież do pomocy w utrzymaniu przyszłych podatników – powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
Załóżmy (optymistyczne), że w przeciętnej młodej rodzinie pracują dwie osoby i przynoszą co miesiąc do domu ok. 4 000zł. Z matematyki wprawdzie orłem nie jestem, ale zdaje się, że taka rodzina oddaje ZUS-owi 1 200 zł miesięcznie! Ponad połowa jednej pensji – pieniędzy, które spokojnie starczyłyby na utrzymanie dziecka – przepada w czarnej dziurze! Chyba nie przesadzam z tym określeniem, skoro nawet wicepremier i minister gospodarki nie wierzy w państwowe emerytury?
Może jestem naiwny, ale czy najprostszą receptą na rozwiązanie naszych problemów zarówno z demografią, jak i z systemem emerytalnym, nie byłoby po prostu zlikwidowanie ZUS-u? Gdyby dzisiejsi nowożeńcy mieli świadomość, że za 50 lat ich sytuacja materialna będzie zależeć w dużej mierze od ilości posiadanych dzieci, to mało kto decydowałby się na odkładanie decyzji o ciąży na „lepszy czas”. Rodzina byłaby postrzega jako najlepsza i najpewniejsza inwestycja. Jestem o tym przekonany. Tym bardziej, że budżet domowy byłby odpowiednio większy.
PS: Zapytają Państwo: A co z ludźmi bezdzietnymi? Odpowiadam: Co i rusz w mediach pojawiają się informację, ile to nie kosztuje odchowanie dziecka (zazwyczaj podaje się, że kilkaset tysięcy złotych). Zakładam więc, że osoby nie wydające pieniędzy na dzieci, są w stanie te kilkaset tysięcy złotych odłożyć, prawda? A dysponując taką kwotą, można żyć na dużo wyższym poziomie, niż obecni emeryci (przypomnijmy: średnia długość życia Polaka to 75 lat, czyli emeryturę pobiera przez 7 lat, czyli 84 miesiące - 200 000 zł : 84 miesiące = 2380,95 zł na miesiąc).
tekst ukazał się na portalu 10milionow.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (1)