Mniej więcej wiemy, jak się rodzi tyrania. Podręczników do nauki historii mamy wystarczającą ilość. Świadków tyranii też nam nie brakuje. Mniej więcej tyrania ma dwa oblicza. Jedno, w postaci zamachu, przewrotu wojskowego, puczu generałów, gdy nagle silną władzę dostaje w swoje ręce dyktator i rządzi żelazną pięścią, za nic mając wszelkie prawa, konstytucje, dobre obyczaje, a przede wszystkim głos ludu. Taka tyrania nie znosi sprzeciwu, wolnego głosu, odmiennego zdania. Dlatego właśnie jest tyranią.
Innym razem tyrania rodzi się z woli ludu, przy wykorzystaniu wszelkich procedur demokratycznych, prerogatyw wolego rynku, przestrzegania konstytucji i praw obywatelskich. Nie zabrania nikomu myśleć i mówić po swojemu, nie przeszkadza w manifestacjach i protestach. Jest, można powiedzieć, tyranią oświeconą. Ale do czasu.
Tyran nie od razu zdradza swoich złowrogich zamiarów. Wprost przeciwnie, sprawia wrażenie, że jest przyjacielem narodu, szanuje jego wolę, przestrzega konwencje, procedury, paragrafy, mechanizmy i zasady. Ogłasza po wielokroć, że kocha swój lud. Obdarza go wielką miłością i na dowód tej miłości nieustannie się uśmiecha. Poklepuje lud po plecach. Brata się z nim. Gra z nim w piłkę. Pije piwo. Podnosi dzieci ludu na rękach. I śpiewa pieśni ludu. Nie szkodzi, że fałszuje, ale śpiewa.
A uśmiech jego musi być piękny i przyjazny dla ludu. W tym uśmiechu musi się zawierać nie tylko miłość, ale też głęboka wiara, że bez ludu nic rozsądnego zrobić nie może. Lud wpatruje się w ten uśmiech z uwielbieniem i rozumie, jak bardzo władca poświęca się dla niego. Jak wiele wysiłku czyni, by obdarzyć go miłością. Jak gigantyczną pracę umysłu musi wykonać, by się oddać tylko jemu. Bo dla tego ludu robi cuda. Dla niego nieustannie występuje w radiu, telewizji, na wiecach i trybunach sejmowych. Dla niego jeździ najdroższymi limuzynami, lata najszybszymi samolotami, pije najdroższe koniaki i spotyka się z największymi mężami stanu. Dla niego ubiera najnowsze koszule, krawaty i garnitury. Dla niego jego uśmiech wciąż się rozwija, nabiera nowych barw, świateł i postaci. I lud czuje, że wraz z tymi nowymi barwami, światłami i postaciami przybywa mu miłości. Ta miłość wzbogaca. I jest zaraźliwa.
Kwitnie już wszędzie. W wielkonakładowych gazetach, szkołach i na uniwersytetach. Widać ją w zabawkach dzieci. Nawet zwierzęta się już uśmiechają. Bo uśmiech wodza bije z każdego zdjęcia, plakatu i bilbordu. Jego fotografie zdobią kamienice, mury, podwórka i boiska sportowe. Kłaniają się mu dyrektorzy, prezesi, redaktorzy, profesorowie, wielcy pisarze, totalni artyści, a nawet, co się zdarza, co poniektórzy kapłani. I nasz drogi przywódca uśmiecha się już przez wszystkie możliwe telewizory kraju. Bo wszystkie telewizje go uwielbiają. Panienki z okienka z wdziękiem i paraliżującą czułością i gracją na wizji go witają. W radiu jego piękny, nieskazitelny i barwny głos powoduje nie tylko liczne zachwyty, ale i omdlenia wielbicielek. Nawet w więzieniach go oglądają i biją jego niezłomnemu uśmiechowi brawo. Bo widać to mądre, wszechogarniające miłością spojrzenie.
Lud jest porażony tym wielkim uwielbieniem elit. I gotów dla swego przywódcy życie oddać, tak bardzo go kocha. Ale miłość przywódcy staje się jeszcze większa, jeszcze potężniejsza. By zaskarbić sobie dozgonne uznanie ludu, pragnie go wzbogacić. I lud tą jego niezgłębioną decyzją jest zachwycony. Wszystkie reflektory pokazują twarz ludu. Wszystkie światła biją mu w oczy. A wódz z miłości do swego ludu wyprzedaje jego fabryki, huty, kopalnie, lasy, ziemię i morze. I lud w zachwycie bije brawo. Bo uśmiech przywódcy jest niczym wielka złota rzeka dolarów, która przesuwa się przed oczami.Tylko lud jeszcze nie wie, że od nadmiaru blasku traci już wzrok.
A co się stanie jak przejrzy? Wtedy już będzie za późno, bo zobaczy pętlę miłości na własnej szyi. Zerwanie jej będzie kosztowne i zaboli. Oj, zaboli!
Tekst opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” oraz na portalu 10milionow.pl



Komentarze
Pokaż komentarze