44 obserwujących
218 notek
291k odsłon
144 odsłony

Studia na UJ i Duszpasterstwo Akademickie - 1964-70. Część pierwsza

Wykop Skomentuj2

  Od początku studiów, od roku 1964, należę do Duszpasterstwa Akademickiego przy Kościele św. Anny w Krakowie, prowadzonego przez biskupa Jana Pietraszkę, „Wujka”.
    Należę do wąskiego aktywu studenckiego do kontaktów z "klerem", jak określają duchowieństwo esbeckie dokumenty. W "Rodzince" spotykamy się regularnie dwa razy w tygodniu z „Wujkiem” oraz często wyjeżdżamy na obozy nad  Bałtyk (Karwia, Władysławowo), do Zakopanego oraz na górskie wycieczki. Spędzamy niezapomniane godziny na "wujkowe" rozważania i długie dyskusje. O wszystkim. O sprawach poważnych i błahych, o pluralizmie i o młodzieńczych kompleksach, o Teilhard de Chardin (wtedy modnym) i o sporcie. "Wujek" był bezpośredni, wolał słuchać, niż mówić. Ale my też chcieliśmy go słuchać i nie miał wyjścia. Z każdym tamtym dniem stawał się dla mnie autorytetem. Potem były kolejne obozy nadmorskie i górskie, rajdy beskidzkie i pienińskie - i wszędzie towarzyszyło nam słowo "Wujka". Jego pokorna mądrość. Coniedzielne kazania podczas  akademickich mszy św. w Kościele św. Anny intelektualnie, teologicznie i literacko stanowiły przeżycie najwyższej miary. Ściągały całą wówczas elitę intelektualną Krakowa. Tę elitę, oczywiście, która się nie bała.
    "Wujek" umożliwił mi wyjazd do Paryża w 1967 roku, wcześniej poprosił, bym się tam uczył i dużo czytał, bo w przyszłości czeka na mnie praca w "Tygodniku Powszechnym".  Kiedy wróciłem z Paryża w 1968 r. we wrześniu, z "Wujkiem" widziałem się już tylko raz. Domyślałem się, że nielegalne przedłużenie pobytu we Francji z miesiąca do roku nie może mi ujść bezkarnie i na pewno jestem pilnie obserwowany. I że w takiej sytuacji dla dobra "Rodzinki" nie powinienem się z nimi kontaktować.
     Parę miesięcy po moim powrocie z Paryża" ktoś z chrzanowskiej plebani przekazał nam informację, że ks. Biskup przejeżdżać będzie przez miasto i chce nas odwiedzić. W rodzinnym domu poruszenie i święto. Domyślałem się, że "Wujek" chce ze mną porozmawiać. Byłem w najwyższym stopniu stremowany i zawstydzony. Bo przecież jakoś powinienem dotrzeć wcześniej do niego i przekazać swoje obawy. I swoje wówczas poważne problemy. A stało się odwrotnie - to "Wujek" przyjeżdża do mnie. Gościna nie trwała długo. "Wujek" nie podjął tematu mojego odsunięcia się od "Rodzinki". Miał prawo liczyć na moją inicjatywę. A ja nie mogłem przełamać swojej nadwrażliwej nieśmiałości. Nie wiedziałem, że ks. Biskup też był człowiekiem wyjątkowo nieśmiałym i że ta przypadłość miała swoje źródło w jego niezwykłej delikatności.  O tym dopiero po śmierci Biskupa pisał we wspomnieniach ks Adam Boniecki.
    Od aktywności w "Rodzince" rozpoczyna się inwigilacja mojej osoby (i trwa właściwie nieprzerwanie do dziś). Pierwszy dokument z datą 22.06.1966 wiąże się z przesłuchaniem kolegi z naszej "Rodzinki". Już na drugi dzień Franek, zachowując wszelkie formy ostrożności, dotarł do mnie i roztrzęsionym głosem zrelacjonował przebieg rozmowy z funkcjonariuszem SB. Przyznał się, że ujawnił moje nazwisko, więc szczególnie zależało mu, bym w przypadku przesłuchania trzymał się tego, co on: że na spotkaniach i wyjazdach rozmawiamy tylko o problemach teologicznych. Mówił prawdę, rzeczywiście tylko to ujawnił, co poświadcza odzyskany przeze mnie dokument. Wezwania nie otrzymałem.
     Rok później z inicjatywy „Wujka” wyjeżdżamy z Frankiem do Paryża. Oficjalnie na miesiąc. Zostajemy jednak na  rok, zgodnie z planem uzgodnionym z „Wujkiem”.  Pracuję w Hotelu, jednocześnie według zaleceń studiuję na Alliance Francaise i intensywnie uzupełniam wiedzę o literaturze i prasie emigracyjnej.
    Z Paryża wróciłem  pięknym sześcioletnim samochodem Renauld Ondine i na tyle zasobny, by móc opłacić wysokie cło i przez rok wynajmować w Krakowie pokój, bo w Żaczku (akademiku) już dla mnie miejsca nie było. W tym samochodzie wiozłem do kraju dwie zakazane książki: "Doktora Żiwago" i najnowsze wydanie o Rotmistrzu Pileckim. Wiedziałem, czym ryzykuję. Wiedza o ówczesnym premierze Cyrankiewicza mogła mnie dużo kosztować. Na odprawie w przejściu granicznym, po wypełnieniu wszystkich papierowych formalności, gdy kazano mi przygotować bagaże do kontroli, udało mi się na tyle wcześniej dotrzeć do stojącej na parkingu Renówki, by te książki zrzucić i nogą przykryć piaskiem, którego tam było sporo. Przemknęła mi wtedy myśl, że może dlatego ten parking w granicznym Urzędzie był cały zasypany płytką warstwą piasku. I że to co zrzucą i ukryją przerażeni turyści, odkrywają potem celnicy już tylko dla siebie. Chwilę potem zjawił się celnik i bez żadnego zainteresowania moimi bagażami kazał odjeżdżać. Zwlekałem, coś tam jeszcze w silniku sprawdzałem, liczyłem, że uda mi się zasypane książki wciągnąć do samochodu, ale on cierpliwie czekał. Odjeżdżając, kląłem w duchu, wymyślając sobie od tchórzy.
    Przywiozłem jednak w pamięci "Czarny polonez" Wierzyńskiego. Niech coś o atmosferze w środowisku studenckim tamtych lat powie fakt, który wtedy był dla mnie dość przykry. Otóż wróciłem  do Krakowa z rocznego pobytu na Zachodzie, gdzie miałem możliwość przeczytać wszystko, o czym moje koleżanki i koledzy z krakowskiej polonistyki mogli tylko marzyć. Wróciłem z Paryża, w którym znajdowała się siedziba "Kultury", legendarnego dla nas miesięcznika. I nikt, poza jednym  kolegą, nie był ciekawy moich wrażeń czy refleksji z przeczytanych książek, widzianych filmów i przeżyć związanych z rewoltą studencką '68. A przecież byłem w samym środku tej rewolty. Czy można to wytłumaczyć atmosferą strachu i terroru po wydarzeniach marcowych? Niektórzy z moich kolegów dopiero co wyszli z więzień, ktoś tam jeszcze siedział, inni zostali relegowani ze studiów. Tylko Jurek z roku, później także student filozofii, był ciekawy, a jak się dowiedział, że mam w głowie "Czarny polonez", to musiałem mu w całości podyktować. Nie zdradził mnie. Tak przynajmniej sądzę, bo nie miałem z tego tytułu problemów ze służbami.
    Nie odbyło się też żadne spotkanie założonego pól roku przed moim wyjazdem, w 1967 r., Koła Polonistycznego UJ, zaledwie pięcioosobowego, który zainaugurował Tadeusz interesującym wykładem o najnowszej książce Keruaca, a ja kontynuowałem rozprawą o Brunonie Schulcu.  Nikt się nie interesował tym bogatym bagażem wiedzy, który stamtąd przywiozłem! W powietrzu unosił się strach, a w relacjach koleżeńskich mroziła nieufność. Tak to wówczas czułem.
    Kontynuowałem studia na polonistyce i pozytywnie rozpatrzono moje podanie o możliwość rozpoczęcia studiów na drugim fakultecie, na III roku romanistyki. Oczywiście po rozmowie kwalifikacyjnej w języku francuskim. Nie było to tak, jak dziś, gdy niemal każdy może studiować drugi, a czasem trzeci i czwarty fakultet. Wówczas na całej polonistyce zgodę Rektora na drugi fakultet uzyskało tylko pięciu studentów: Jola Dudek, Maria Cieśla, Tadek Sławek, Jurek Stuhr i ja. Dziś wszyscy, z wyjątkiem mnie, profesorowie ze znakomitym dorobkiem zawodowym.
     Po powrocie z Zachodu spadły na mnie osobiste kłopoty, na tyle dramatyczne, że wyłączyłem się z wszelkiej aktywności, romanistykę zaniedbałem, studia polonistyczne przedłużyły się o parę lat. Przeniosłem się do Gliwic, założyłem rodzinę.
    Dziś mam prawie pewność, że te "kłopoty" były  inspirowane przez służby. Ale dowodów nie mam.

Dokumenty:  https://www.salon24.pl/u/1312eksa46/982536,dokumenty-2-1966r

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka