44 obserwujących
218 notek
291k odsłon
953 odsłony

Jest miarą zdziczenia naszych czasów.... - część trzecia

Wykop Skomentuj23

                                                                      "...wymierzać sprawiedliwość widzialnemu światu"- J. Conrad

                                                                                                                                                                                              


Kiedy nastał stan wojenny zostałem wyrzucony z partii, odwołany ze stanowiska dyrektora  V LO i czekałem, kiedy po mnie przyjdą. Zostałem w styczniu '82 poproszony dyskretnie o napisanie odwołania od tych decyzji, by zyskać na czasie i nie dopuścić do zajęcia szkoły przez komisarza, który brutalnie zaprowadzi "porządek". Nie wiedziałem, że mam taką możliwość. Napisanie odwołania nie było jednak dla mnie dobre, najdelikatniej mówiąc, natomiast zdecydowanie dobre dla szkoły: uczniów i nauczycieli. Procedura odwołania dawała im bezpieczny czas na doprowadzenie zajęć do końca roku szkolnego (wraz z majowym egzaminem dojrzałości). Natomiast dla mnie odwołanie, z którejkolwiek bym strony na to spojrzał, mogło być tylko nierozumnym drażnieniem bestii. Nie przesadzam.

Bo: po pierwsze - w odwołaniu, by zostało w ogóle przyjęte i niewrzucone po pierwszych zdaniach do kosza, musiałbym kłamać. Niemal w każdym zdaniu. W dodatku do tych kłamstw dostosować styl uniżony i pokorny. I jedno i drugie było mi wyjątkowo obce.

Po drugie - tak napisane odwołanie mogłoby być wykorzystane do skompromitowania mnie publicznie. Wystarczyłoby je upublicznić w jakichkolwiek mediach, lokalnych czy ogólnodostępnych, a wyszedłbym na jeszcze jednego zdrajcę, apologetę stanu wojennego! (a takie przypadki były prezentowane w mediach skwapliwie).

Po trzecie - odwołanie gwarantowało szkole spokój - w moim przypadku przeciwnie: tylko odraczało egzekucję. A każdy dzień był wtedy koszmarem. Wiem, że to może być trudne do zrozumienia, ale w tamtych dniach chciałem, by się to wszystko jak najszybciej skończyło, by wreszcie przyszli i aresztowali. Wiedziałem, że w gabinecie Komisarza miasta trwał w tej kwestii spór. Napisanie odwołania przedłużałoby mój codzienny koszmar na tygodnie, miesiące. Ta perspektywa była ciężka.

Po czwarte wreszcie - jeżeli już to wszystko przetrzymam i stanę w czerwcu przed Komisją, stanie się przecież to najgorsze. Członkowie Komisji zobaczą kogoś, kto z nich zakpił. A to się może skończyć dla mnie w każdy sposób. Także w ten najgorszy z możliwych.

Po dwóch miesiącach napisałem i wysłałem w połowie marca 1982. Dobro uczniów, nauczycieli i szkoły przeważyło. Moje dobro i dobro rodziny uznałem za mniej ważne. Starałem się to pismo "Do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej " napisać tak, by nie zostało odrzucone, a jednocześnie tak, by było jasne, że nie uznaję delegalizacji "S", tym samym stanu wojennego. Umieściłem więc w ostatnim akapicie zdanie: "Nie występuję teraz z NSZZ "Solidarność", gdyż dalej uważam, że związek ten może i powinien działać jako związek zawodowy, niezależny i samorządny, pozbawiony jednak ambicji i dążeń politycznych." Miałem nadzieję, że tą deklaracją przygotuję członków Komisji na trudną rozmowę i nieco zapobiegnę emocjom, które mogły być dla mnie nieprzewidywalne. Kto pamięta pierwsze miesiące stanu wojennego wie, o czym piszę. I tak się stało 24. czerwca 1982 roku  - szybko i sprawnie załatwiono trzydzieści osób przede mną (wchodzili i bez zbędnych słów podpisywali, co im podsunięto), mnie zostawiono sobie na deser. Przeczytano mi to przytoczone wyżej zdanie i zapytano, czy dalej tak myślę. Potwierdziłem. I się zaczęło!  Na zarzuty i pytania dlaczego, powtarzałem z uporem, że akceptacja likwidacji "S" byłaby zdradą wobec tych, którzy zostali aresztowani i internowani. I tego nie zrobię. Próbowano mnie przekonać, czasem bardzo agresywnie, ktoś nawet nienawiść chciał wyładować poza werbalnie  (w porę go powstrzymano ). Przewodniczący raz tylko skomentował moją postawę: "Jest pan lojalny wobec internowanych, a nie wie pan, jak oni bywają nielojalni".  Cztery lata później, w 1986 roku, ten przewodniczący zostanie skierowany na stanowisko dyrektora Studium Nauczycielskiego, z poleceniem zajęcia się mną w sposób szczególny.

  To wtedy, na tym przesłuchaniu przez Centralną Komisję Kontroli, po raz pierwszy zderzyłem się z problemem podzielonej Polski. Zobaczyłem tę nienawiść i agresję po drugiej stronie, tę zapiekłość i radykalne odrzucenie naszych wartości, tych "odwiecznych zaklęć ludzkości", jak je nazywał Herbert. Fundamentalnych zasad cywilizacji łacińskiej, dzięki której ukształtowało się przez wieki coś tak wartościowego, jak "polska dusza".  Byłem sam, ich było kilkunastu. Stawiane pytania "dlaczego?", "z jakich powodów?", "po co?" były wyrazem ich bezradności wobec mojej postawy. I narastającego gniewu. Kiedy po jakiejś godzinie wszystko się skończyło i  odrętwiały psychicznie wracałem pustym korytarzem do windy, nagle, nie wiadomo skąd, pojawili się obok mnie dwaj dobrze zbudowani mężczyźni. Weszliśmy do kabiny, przycisnęli jakiś guzik, ja w środku między nimi. Było mi wszystko jedno, co się stanie. Nawet się nie bałem. Nie wiedziałem dokąd zjeżdżamy. Na szczęście na parter. Wyszliśmy, poszedłem w stronę wyjścia, czułem na sobie ich wzrok. 

Wykop Skomentuj23
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka