42 obserwujących
224 notki
301k odsłon
  487   0

Skaczący pod śliwą

Niemal równo trzy lata temu ośmieliłem się tu wkleić notkę "Skaczący na plaży". Ośmieliłem, bo wymagało to pewnego dystansu do siebie i autoironii. Przypomnijmy sobie zresztą ten filmik:

https://www.salon24.pl/u/1312eksa46/790873,skaczacy-na-plazy

Dziś mam chyba jeszcze większą wyrozumiałość dla siebie (wzrasta z upływem lat) i bez skrępowania upubliczniam profanację tak wzniosłej (w przenośni i dosłownie) dyscypliny lekkiej atletyki, jaką jest skok o tyczce. Szczególną torturą może to być dla tych, co pamiętają słowa poety, złotego medalisty olimpijskiego z Amsterdamu w 1928 roku:

"Już odbił się, już płynie, boską równowagą

rozpina się na drzewcu i wieje jak flagą.

Dolata do poprzeczki i nagłym trzepotem

przerzuca się, jak gdyby był ptakiem i kotem" (Kazimierz Wierzyński)

Teraz już, po takim wstępie, mogę narazić Czytelników na niechybny dysonans estetyczny w wykonaniu 74-latka:

https://www.youtube.com/watch?v=ASqBtq5U2ro&feature=youtu.be

By się już tak zupełnie nie chłostać i nie zasłaniać peselem, zwrócę uwagę, że skaczę w warunkach ekstremalnie niekorzystnych dla tej właśnie dyscypliny sportu. Tyczka jest dźwignią - by zadziałała zgodnie z prawami fizyki, musi być wbita w dołek na dużej szybkości, wówczas wynosi skoczka wysoko..wysoko...(rozmarzyłem się!). A ja na małej działce mam zaledwie 8 metrów - nie rozbiegu, tylko podbiegu. A linę, udającą poprzeczkę, zawieszoną na wysokości prawie dwóch metrów. Z parometrowego truchtu wyżej mnie tyczka nie wyniesie. A w dodatku, bywa, jak widać, że gałęzie śliwy zatrzymują odepchniętą tyczkę - nie mam jednak serca ich obciąć, bo pięknie owocują.

Za kilka tygodni mają się odbyć, przełożone z początku lipca na koniec sierpnia lekkoatletyczne Mistrzostwa Polski Weteranów (Masters) w Lublinie. Tam 20. metrowy rozbieg powinien dać mi szansę na dwa i pół metra, a po cichu liczę na więcej. Rekord Polski wynosi 2,80.

Trochę historii. Za tyczkę wziąłem się dwa lata temu. Po 56. latach przerwy. Jak dla wielu z mego pokolenia sport był i dla mnie w dzieciństwie wszystkim. Chciało się grać jak Cieślik i Brychczy, rzucać jak Sidło, Piątkowski i Rut, biegać jak Chromik i Krzyszkowiak, skakać jak Szmidt w trójskoku, a latać w powietrzu jak Ważny. Strugaliśmy z konarów młodych drzew imitacje 3. metrowych tyczek, które choć trochę sprężynowały, to jednak miały zasadniczą wadę - były ciężkie i rozbieg z nimi był niezwykle trudny, z konieczności króciutki, parometrowy. Ale można było się wznieść na wysokość trzech metrów. I rozsmakować w tym, trwającym przecież tylko niespełna dwie sekundy, locie. Byliśmy zwinni jak ptak i kot - doznania fascynujące, niezapomniane. Może  je tylko oddać poezja:

"Zatrzymajcie go w locie, niech w górze zastygnie,

Niech w tył odrzuci tyczkę, niepotrzebną dźwignię.

Niech tak trwa, niech tak wisi, owinięty chmurą,

Rozpylony w powietrzu, leciutki jak pióro.

Niech powie nam z wysoka, odkrzyknie się echem

Że leci prosto w niebo, jest naszym oddechem"

Ale była też proza - nierzadko spadało się na plecy, na niewielką warstwę piasku. Z wysokości trzech metrów. Bolało. Więc się ferajna wykruszała, zostałem sam, przyszła zima, zbliżała się matura. O marzeniach trzeba było zapomnieć, a przecież wówczas rekord Polski zawieszony był na wysokości zaledwie 4,53. Wydawało nam się, że z lekką tyczką i z lądowaniem na materace można wyżej. Nie sprawdziliśmy, życie nie pozwoliło.

A teraz chcę spróbować. Jak to wygląda na prawdziwej skoczni, z dobrą tyczką i właściwym rozbiegiem. Mam taką możliwość. I taki dar od życia. Będzie trudno, ale co w życiu jest łatwe?!


Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport