43 obserwujących
224 notki
300k odsłon
463 odsłony

Skaczący pod śliwą

Wykop Skomentuj6

Niemal równo trzy lata temu ośmieliłem się tu wkleić notkę "Skaczący na plaży". Ośmieliłem, bo wymagało to pewnego dystansu do siebie i autoironii. Przypomnijmy sobie zresztą ten filmik:

https://www.salon24.pl/u/1312eksa46/790873,skaczacy-na-plazy

Dziś mam chyba jeszcze większą wyrozumiałość dla siebie (wzrasta z upływem lat) i bez skrępowania upubliczniam profanację tak wzniosłej (w przenośni i dosłownie) dyscypliny lekkiej atletyki, jaką jest skok o tyczce. Szczególną torturą może to być dla tych, co pamiętają słowa poety, złotego medalisty olimpijskiego z Amsterdamu w 1928 roku:

"Już odbił się, już płynie, boską równowagą

rozpina się na drzewcu i wieje jak flagą.

Dolata do poprzeczki i nagłym trzepotem

przerzuca się, jak gdyby był ptakiem i kotem" (Kazimierz Wierzyński)

Teraz już, po takim wstępie, mogę narazić Czytelników na niechybny dysonans estetyczny w wykonaniu 74-latka:

https://www.youtube.com/watch?v=ASqBtq5U2ro&feature=youtu.be

By się już tak zupełnie nie chłostać i nie zasłaniać peselem, zwrócę uwagę, że skaczę w warunkach ekstremalnie niekorzystnych dla tej właśnie dyscypliny sportu. Tyczka jest dźwignią - by zadziałała zgodnie z prawami fizyki, musi być wbita w dołek na dużej szybkości, wówczas wynosi skoczka wysoko..wysoko...(rozmarzyłem się!). A ja na małej działce mam zaledwie 8 metrów - nie rozbiegu, tylko podbiegu. A linę, udającą poprzeczkę, zawieszoną na wysokości prawie dwóch metrów. Z parometrowego truchtu wyżej mnie tyczka nie wyniesie. A w dodatku, bywa, jak widać, że gałęzie śliwy zatrzymują odepchniętą tyczkę - nie mam jednak serca ich obciąć, bo pięknie owocują.

Za kilka tygodni mają się odbyć, przełożone z początku lipca na koniec sierpnia lekkoatletyczne Mistrzostwa Polski Weteranów (Masters) w Lublinie. Tam 20. metrowy rozbieg powinien dać mi szansę na dwa i pół metra, a po cichu liczę na więcej. Rekord Polski wynosi 2,80.

Trochę historii. Za tyczkę wziąłem się dwa lata temu. Po 56. latach przerwy. Jak dla wielu z mego pokolenia sport był i dla mnie w dzieciństwie wszystkim. Chciało się grać jak Cieślik i Brychczy, rzucać jak Sidło, Piątkowski i Rut, biegać jak Chromik i Krzyszkowiak, skakać jak Szmidt w trójskoku, a latać w powietrzu jak Ważny. Strugaliśmy z konarów młodych drzew imitacje 3. metrowych tyczek, które choć trochę sprężynowały, to jednak miały zasadniczą wadę - były ciężkie i rozbieg z nimi był niezwykle trudny, z konieczności króciutki, parometrowy. Ale można było się wznieść na wysokość trzech metrów. I rozsmakować w tym, trwającym przecież tylko niespełna dwie sekundy, locie. Byliśmy zwinni jak ptak i kot - doznania fascynujące, niezapomniane. Może  je tylko oddać poezja:

"Zatrzymajcie go w locie, niech w górze zastygnie,

Niech w tył odrzuci tyczkę, niepotrzebną dźwignię.

Niech tak trwa, niech tak wisi, owinięty chmurą,

Rozpylony w powietrzu, leciutki jak pióro.

Niech powie nam z wysoka, odkrzyknie się echem

Że leci prosto w niebo, jest naszym oddechem"

Ale była też proza - nierzadko spadało się na plecy, na niewielką warstwę piasku. Z wysokości trzech metrów. Bolało. Więc się ferajna wykruszała, zostałem sam, przyszła zima, zbliżała się matura. O marzeniach trzeba było zapomnieć, a przecież wówczas rekord Polski zawieszony był na wysokości zaledwie 4,53. Wydawało nam się, że z lekką tyczką i z lądowaniem na materace można wyżej. Nie sprawdziliśmy, życie nie pozwoliło.

A teraz chcę spróbować. Jak to wygląda na prawdziwej skoczni, z dobrą tyczką i właściwym rozbiegiem. Mam taką możliwość. I taki dar od życia. Będzie trudno, ale co w życiu jest łatwe?!


Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport