389 obserwujących
1825 notek
4638k odsłon
  1069   0

Raknroll. Śnięta ryba z wolą życia,

Od diagnozy wykonanej w Prabutach wiedziałam, że w przypadku braku przerzutów czeka mnie ciężka chemioterapia, współdzielona z radioterapią. Skutkiem tego będzie utrata włosów. Uznałam, ze praktyczniej będzie, gdy obetnę długie włosy na króciutko. Co uczyniłam.


Szczęśliwie z badania PET wynikło, że na razie nie mam przerzutów. Trafiłam pod opiekę prof. Rafała Dziadziuszki w UCK w Gdańsku. On zbudował plan terapii. Następnego dnia wykonałam badania krwi, które potwierdziły możliwość rozpoczęcia chemii, którą rozpoczęłam już kolejnego dnia, a w planie w trakcie kolejnego cyklu chemii po ok. 20 dniach miałam rozpocząć równolegle radioterapię. Już od pierwszej wizyty u prof. Dziadziuszki miałam okazję przekonać się, z jakim lekarzem mam do czynienie. Miałam umówioną wizytę na godziny wczesno wieczorne (oczywiście normalna, w szpitalu na NFZ). Kiedy pojawił się pan profesor, podeszła do niego starszą wiekowo para z błagalną prośbą: otóż powiedzieli, że przyjechali z drugiego końca Polski, wszędzie spotkali się z odmową leczenie i nie mają umówionego terminu, ale błagają o konsultację pana profesora,. Pan profesor powiedział krótko: proszę cierpliwie czekać, przyjmę wszystkich…..Nic dziwnego, pan profesor jest Krajowym Konsultantem od leczenia onkologicznego radioterapią… Od tamtej chwili byłam świadkiem wielu podobnych relacji, w których chorzy na raka ( w tym na drobnokomórkowego, nieoperacyjnego nowotworu płuc) snuli podobne opowieści, wystawiając profesorowi plakietkę lekarza z powołania, wspaniałego dla chorych, empatycznego. Ja mogę tylko powiedzieć po swoich doświadczeniach z kontaktu z panem profesorem–, że to czysta, żywa prawda. Kiedy przekazałam profesorowi w trakcie kolejnego spotkania pozdrowienia od znajomej, która prosiła o przekazanie serdecznych pozdrowień oraz podziękowań za uratowanie Jej życia) miała ciężką chorobę nowotworową z przerzutami) od profesora usłyszałam: takie słowa to najpiękniejsze, co może usłyszeć lekarz.

Pierwsza chemia: Zniosłam ją bardzo źle. Nasiliło się migotanie, byłam rzeczywiście w marnej kondycji. Ale jeden plus- chyba już 3 dnia cyklu skończyły mi się koszmarne ataki kaszlu i trudności z oddychaniem. Coś za coś.

Wlewy chemii odbywają się w Gdańsku zarówno w Wojewódzkim Centrum Onkologicznych (podobno warunki tam panujące na sali są nieporównywalnie gorsze od tych, które są w UCK>. W UCK sala ma kilkadziesiąt regulowanych wygodnie foteli do podawania kroplówek oraz kilka łózek. Na sali jest klimatyzacja. Są dwie przyczyny, dla których czasem trzeba czekać na wlew- apteka kliniczna nie dostarczy dedykowanych pacjentowi leków1) w czasie, w który przyjeżdża na kroplówki, albo też jest natłok ludzi oczekujących na miejsce w fotelu lub na łóżku.

  Tryb badań, wyposażenie szpitali, w których je miałam, podejście personelu medycznego od pielęgniarsko-administracyjnego do lekarskiego wzbudziło we mnie wspomnienia i nieodpartą wole porównania dostępu do procedur, jakości aparatury oraz sposobu opieki nad pacjentem.

Praktycznie od dzieciństwa miałam do czynienia ze służbą zdrowia. Przez kilkanaście lat mojego życia w związku z własnymi chorobami. W sumie spędziłam kilka lat w szpitalach i sanatoriach. Tam miałam okazje poznać z jednej strony cierpienie innych dzieci oraz podejście do chorych przez służbę zdrowia. W zasadzie do 1965 roku, w wielu przypadkach byłam objęta opieką pielęgniarską wielu sióstr zakonnych. Od 1960 roku siostry zajmowały się już głownie rehabilitacją, czasami podawaniem zastrzyków oraz kuchnią. Chyba najdłużej korzystano ze wsparcia zakonnic w sanatoriach dziecinnych. Ale potem i to przeszło do lamusa.

Pewnie stąd pojawił się w moich planach działaniach test próbny powrotu zakonnic do szpitala. Okazją był udar krwotoczny mojej Mamusi, która leżała na neurologii w szpitalu na Zaspie (Św. Wojciecha). Obok powstawał właśnie dom zakonny sióstr

Zgromadzenia Sióstr Wspólnej Pracy od Niepokalanej Maryi. Których historia sięga drugiej połowy XIX wieku. Była szansa na pomoc pielęgniarkom szpitalnym w pełnieniu prostych pomocy pielęgniarskich i salowych. Próbowałam rozmawiać na ten temat ze ówczesną dyrekcją szpitala, ale niestety z spotkałam się z odmową. Był co prawda rok 1989, ale daleko było do zmiany zakazów zatrudniania zakonnic w placówkach służby zdrowia, Jedynie w domach Pomocy Społecznej dla ludzi potrzebujących pomocy, przykościelnych, taka możliwość istniała. Powiem tylko: szkoda. Podobnie jak szkoda likwidacji liceów pielęgniarskich i pomaturalnych szkół tego typu.

Warunki w szpitalach w latach z przełomu lat 1957 były delikatnie mówiąc prymitywne do bólu. Wieloosobowe sale dla chorych, w których odwiedziny rodzin tworzyły koszmarne warunki wszystkim chorym. Łazienki w korytarzach. Kto nie był w stanie chodzić zmuszony był do używania basenów, często także zakładano mu cewnik. Którego ich choroba wcale nie wymagała. Za to oszczędzała pracę obsługi salowo-pielęgniarską. Przy sporej ilości adeptek liceów i szkół pomaturalnych pielęgniarek było sporo. Dlatego nawet słynne kawki pielęgniarskie w zamkniętych dla chorych dyżurkach nie były wielkim utrapieniem i tolerowane były zarówno przez samych chorych jak i lekarzy.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości