33 obserwujących
259 notek
428k odsłon
  1817   2

Państwo opiekuńcze, czy państwo „Terapii szokowej”?

prawo cytatu
prawo cytatu


Kilka dni temu na Salonie 24 ukazał się ciekawy wywiad Rafała Wosia z Isabellą Weber, ekonomistką z University of Massachusetts w sprawie „ terapii szokowej” w Chinach i w Polsce. W okresie przełomu lat 90-tych. To bardzo intrygujący temat. Także osobisty dla mnie...

Gdzieś tak w połowie lat 80 tych, jako absolwent filmówki realizowałem reportaż dla łódzkiej telewizji. Najogólniej miał to być film o włókniarkach. O ich ciężkiej pracy. Jestem człowiekiem empatycznym i raczej staram się angażować w coś, co akurat robię. I wtedy, jeden z partyjnych działaczy średniego szczebla, zatrudniony w fabryce, w której zbierałem dokumentacje, zapytał mnie - „ Co tak przejmujesz się tymi robolami? „ Te słowa mnie zaszokowały. Działacz partyjny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej okazał się skrajnym cynikiem. Co prawda był to tylko działacz średniego szczebla, ale takich jak on, był wtedy legion. Legion tow. Szmaciaków, których wtedy, spotykało się prawie wszędzie. Otwierało się pustą wtedy lodówkę, a tam obok octu, stał tow. Szmaciak. Takie to były czasy. Pełne octu i towarzyszy.

Potem tych towarzyszy rzucono na odcinek propagandy, aby tłumaczyli, jakim to dobrem będzie owa liberalna „ terapia szokowa” początku lat 90 tych. To właśnie tam, w mieście Łodzi, jak to się powiada, mieście wielu kultur, życie polegało właśnie na oswojeniu szoku. Można powiedzieć, że przełom XIX i XX wieku zafundował mieszkańcom Łodzi jeden wielki szok związany z dzikim kapitalizmem, a końcówka komunizmu i tzw. Reformy Balcerowicza zafundowały dodatkową „ terapię szokową”

XXX

Łódź. Historia miasta. To wszystko zaczęło się od pomysłu na rozwój Królestwa Polskiego, po Powstaniu Listopadowym. Od koncepcji Druckiego-Lubeckiego, który zamierzał oprzeć ekonomię Królestwa Kongresowego na chłonnym rynku rosyjskim.

Rząd Lubeckiego ściągnął w okolice dzisiejszej Łodzi, licznych rzemieślników i tkaczy z całej Europy. Dając im kredyty czy materiały budowlane, na tzw. dobry początek. To właśnie wtedy, w połowie XIX w. W Łodzi pojawiło się wiele rodzin niemieckich czy żydowskich zakładających podwaliny pod późniejsze wielkie fortuny.

Fabrykanci. Najbogatsi. Dla przykładu, to Karol Scheibler, Niemiec z pochodzenia, który przybył do Łodzi w latach 50 tych XIX, i tu buduje swój pierwszy zakład. Ale też w latach 63 -64 XIX w. buduje pierwsze 4 domy dla robotników na Wodnym Rynku. Intryguje mnie ta data. Z jednej strony mamy Powstanie Styczniowe, i owych chłopów, zdzierających buty ze zwłok powstańców, a potem – może ci sami chłopi ( już obuci) – szukają pracy w mieście Łodzi. Dostają tam mieszkanie i pracę od Karola Scheiblera.

Tak, może to paradoksalne, okrutne, ale właśnie takie to były czasy. Zaraz też mamy uwłaszczeniowy ukaz Cara i teraz tysiące mieszkańców wsi zamienia się w proletariuszy. Taki to był los owych pierwszych „ roboli”, o których wspomniał mój towarzysz szmaciak. Tak też powstaje łódzki proletariat, w znoju i w bólu. C z e k a już na nich praca po 10 czy 12 godz. dziennie. Pracują wszyscy. Nawet dzieci. Te 7 – 8 letnie, za 1/5 stawki kobiecej. Co robią dzieci? Wszystko. Także podają wrzeciona matkom. Podawanie wrzecion – jakże to pięknie brzmi... W zasadzie tak może zaczynać się bajka o prządce i jej dzieciątku podającej wrzeciono. Lecz życie owego dzieciątka to nie bajka. Na 6 czy 7 rano musi być w robocie, a często ich praca kończyła się tragicznie. Pod koniec XIX w Łodzi głośna była sprawa śmierci 8 letniego Władka Grelusa wciągniętego przez maszynę włókienniczą. Ten wątek człowieka rozerwanego przez maszynę, jest u Reymonta w „ Ziemi Obiecanej” a potem u Wajdy, lecz          już w innym kontekście.

Dopiero pod koniec XIX wieku zabroniono, zatrudnienia dzieci młodszych niż 12 lat. Ja sam, gdy miałem 10 – 12 lat, nie pracowałem w fabryce, ponieważ były to już czasy triumfującego komunizmu, za to lubiłem zachodzić do pewnej publicznej toalety. Ta toaleta, przynajmniej w „ dziale” męskim, była zbudowana tak, że pierwsze dwie kabinki były przeznaczone dla erotomanów, którzy gwoździem wyżynali świńskie rysuneczki. zaś trzecia kabina, przeznaczona była dla ludzi bardziej rozpolitykowanych. I tam, jako dziecko, przeczytałem ” PIERXXLE TATARKÓWNĘ. WOLE CZARNE” Z tego, co pamiętam, byłem zachwycony tym napisem, chociaż nie do końca go rozumiałem...O ile, pierwszą część owego protestu potrafiłem jakoś zwizualizować, a także wiedziałem, że Tatarkówna to wielka partyjna pani, która rządziła wtedy Łodzią, to absolutnie nie wiedziałem, co znaczy owe – czarne? Można powiedzieć, że dopiero wtedy poczułem głód wiedzy... I cóż się okazało? Owe „ czarne” to kaszanka. Nic więcej. Nie koniecznie dobra, z kawałeczkami wątróbki, ale taka, która jest. Po prostu. Jest w sklepach zakładowych, pobliskiego Uniontexu. Brak owej kaszanki naprawdę wkurzał robotników zwanych „ robolami” I nie ma się, czemu dziwić. Zarabiali mało. Może tylko na tą kaszankę, której i tak nie było.

Lubię to! Skomentuj88 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo