korek789 korek789
217
BLOG

Eddie z Bruree idzie na wojnę

korek789 korek789 Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

          W 1888 roku prawie nikt nie sądził, że w następnym stuleciu powstanie niepodległa Irlandia. A tym bardziej nikt nie mógł dostrzegać przyszłego prezydenta tego państwa w nowym uczniu, który 7 maja 1888 roku zaczął naukę w szkole powszechnej w małej miejscowości Bruree niedaleko Limerick.

          Eddie, jak go nazywano (choć w akcie urodzenia miał wpisane imię George), był obiektem szyderstw i zaczepek. Ciemna karnacja, szerokie usta i ciemnobrązowe oczy sprawiały, że w jego wyglądzie nie było nic irlandzkiego, jak ktoś stwierdził po latach. Nosił dziwne nazwisko De Valera, podejrzewano, że jest dzieckiem nieślubnym, przezywano go "Hiszpanem". 
Jego matka przebywająca w USA nie chciała go znać, ojca nie pamiętał. Wychowująca go siostra matki także wkrótce wyjechała do Ameryki. Potem zmarła mu babcia i dzieckiem zaczął zajmować się wujek Pat. Ale u wujka nie mógł liczyć na troskliwą opiekę. Wujek bowiem wkrótce ożenił się i miał z tego związku dzieci. Nietrudno zgadnąć, co to oznaczało dla Eddiego. 

          Wyśmiewany w szkole i zaledwie tolerowany w domu, obarczony licznymi obowiązkami, w wolnych chwilach samotnie włóczył się po okolicy albo czytał książki.  W późniejszych latach także polował na kaczki i gęsi. Tak bardzo lubił broń, że kiedyś stwierdził, że zostanie żołnierzem.

          Kiedy matka Eddiego, Catherine Coll przyjechała na krótko ze Stanów Zjednoczonych, chłopak błagał ją, by wzięła go ze sobą. Ale ona miała już wówczas w Ameryce narzeczonego, który zapewne nie byłby zachwycony takim rozwiązaniem. Kiedy Eddie ukończył szkołę powszechną, napisał do matki list, w którym nalegał,  żeby dała mu pieniądze na podróż do Stanów Zjednoczonych, albo sfinansowała jego dalszą edukację. Matka wybrała drugą opcję. 
          Eddie kontynuował naukę w szkole w Charleville należącej do Kongregacji Braci w Chrystusie założonej przez błogosławionego Edmunda Rice. Ponieważ nie było go stać na rower, chodził pieszo do szkoły oddalonej o 7 mil (około 11 kilometrów). Wracając ze szkoły, zmęczony opierał się o płot, marząc o pozbyciu się ciężkiej teczki z książkami.  Mimo trudnych warunków osiągał w szkole dobre wyniki. Jego osiągnięcia umozliwiły mu dalszą naukę w Blackrock College w Dublinie, szkole prowadzonej przez Zgromadzenie Ducha Świetego. Podczas pierwszej nocy w internacie był zdumiony, kiedy jego sąsiad płakał w nocy, nie mogąc zasnąć. Dla Eddiego internat był wybawieniem od długich wędrówek z ciężką teczką. 
          W Blackrock De Valera uczył się na tyle dobrze, że liczył na posadę nauczyciela akademickiego. Kiedy jednak dostał pierwszą pracę - nauczyciela matematyki i fizyki w szkole drugiego stopnia Rockwell w hrabstwie Tipperary, jego akademickie sukcesy się zakończyły. Przyczyną było zbyt rozrywkowe życie po godzinach pracy. Aby ukrócić nocne eskapady De Valery i jego kolegów władze szkoły postanowiły zamykać drzwi do internatu o określonej godzinie wieczorem. Za pierwszym razem De Valera przedostał się do swojego pokoju przez okno, narzekając póżniej publicznie, że jest nauczycielem a nie mnichem. Kiedy sytuacja powtórzyła się następnej nocy, De Valera po wejściu przez okno do budynku wymontował zamek z drzwi wejściowych i wrzucił go do jeziora. Odtąd drzwi nie były już zamykane. Dobra opinia o De Valerze jako nauczycielu sprawiła, że wybaczano mu nocne wyprawy. Nie miał jednak zapewne dość czasu, aby osiagnięciami naukowymi zapewnić sobie posadę nauczyciela akademickiego. Uczył jednak nadal matematyki w różnych szkołach niższego szczebla. 
          W 1908 roku postanowił nauczyć się języka irlandzkiego. Język ten znała dobrze jego babka, ale nie rozmawiała w nim z dziećmi. Decyzja ta miała wielki wpływ na życie De Valery. Nauczycielka irlandzkiego Sinead Flanagan została bowiem jego żoną. 
          Środowisko osób uczących się w Dublinie irlandzkiego było ściśle związane z organizacjami antybrytyjskimi. W taki sposób De Valera, który przyjął już irlandzkie imię Eamon, trafił do Irlandzkich Ochotników. W tej organizacji odnalazł się świetnie. Podobała mu się musztra i ciągle podkreślał, że walka z Anglikami jest rzeczą nieuniknioną. Ponieważ był czlowiekiem wykształconym, otrzymał rangę oficera i dowódcy batalionu. Był jednak oderwany od swoich podwładnych, głównie robotników. Wydawał im komendy po irlandzku, tego języka większość Ochotników nie rozumiała. Był śmiertelnie poważny. Chudy i wysoki, wyglądał komicznie na swoim rowerze. Kiedy czytałem opis De Valery dokonany przez jednego z jego podwładnych od razu przyszedł mi na myśl aktor John Cleese z Monty Pythona.      
          Wielu historyków sugerowało, że De Valera miał patologiczną osobowość. Psychiatrzy analizujący relacje na jego temat sugerowali, że cierpiał na zespół Aspergera, pisał o tym m.in. dr Fitzgerald: http://www.irishtimes.com/news/psychiatrist-says-de-valera-and-yeats-displayed-asperger-s-traits-1.1129324
          Przy analizach osobowości De Valery zwracano uwagę na jego problemy w kontaktach międzyludzkich, brak empatii, brak kontaktu wzrokowego w trakcie rozmów, popadanie w rozstrój nerwowy z powodu błahostek i zimny spokój przy podejmowaniu odpowiedzialnych decyzji. 


          Eamon De Valera nie brał udziału w podejmowaniu decyzji o wybuchu Powstania Wielkanocnego. Czuł się wówczas żołnierzem i nie angażował się w decyzje polityczne. Spory między zwolennikami a przeciwnikami powstania sprawiły, że kiedy 24 kwietnia 1916 roku objął dowództwo swojego oddziału, miał do dyspozycji nie 500 jak planował, ale zaledwie 120 ludzi z których tylko 50 miało karabiny.

          De Valera już od dawna był przekonany, że z ewentualnej walki z Brytyjczykami nie ujdzie z życiem. Rozwój sytuacji wydawał się potwierdzać jego przypuszczenia. Jednak był przekonany, że musi wypełniać rozkazy. Pozostawił w trudnej sytuacji ciężarną żonę z czwórką małych dzieci. Do rodziny miał wrócić dopiero za ponad rok.   
          De Valera miał szczęście, że jego placówka, piekarnia Bolanda nie była na linii przemarszu wojsk brytyjskich z portu Kingstown (obecnie Dun Laoghaire). Dlatego nie była atakowana przez cały tydzień walk. Zagrożeniem był jedynie niezbyt intensywny ostrzał artylerii.
          W tym samym czasie 17 Ochotników dowodzonych przez Michaela Malone ostrzeliwało przważające siły brytyjskie na moście Mount Street. Oddziały niedoświadczonych  angielskich Sherwood Foresters (którym dopiero po wylądowaniu w Irlandii pokazano jak ładować broń i którzy po drodze na plac boju zgubili swoje karabiny maszynowe) ponosiły ciężkie straty. Mimo, że o ulicę dalej był inny most i przekraczając go Brytyjczycy mogli podejsć z innej strony w kierunku oddziału Malone'a - brytyjski generał Lowe nakazał zdobycie mostu Mount Street za wszelką cenę. 
          Formalnie 17 ludzi Malone'a było podwładnymi De Valery. Ale De Valera nie pojawił się podczas walk w rejonie mostu Mount Street. Przed bitwą przekazał jedynie Michaelowi Malone swojego Mausera C96. Kiedy Malone poprosił De Valerę o wsparcie w postaci ludzi, jedzenia i amunicji, ten ostatni przesłał przez kuriera jedynie ciasto owocowe i trochę amunicji. 
          27 kwietnia w walce zginął Malone i 3 inni ochotnicy. Pozostali uciekli albo dostali się do niewoli. Wówczas Brytyjczykom udało się przekroczyć most.
          De Valera tymczasem w piekarni Bolanda przeżywał załamanie nerwowe. Zapomniał ustalonego hasła i omal nie został przez to zastrzelony przez podwładnych. Ciągle obawiał się brytyjskiego ataku na bagnety. Nie spał, ciągle przechadzając się wśród żołnierzy. Prawdopodobnie obawiał się, że wartownicy zasną i dlatego stale sprawdzał ich czujność. Jego strach udzielał się podwładnym i w piekarni Bolanda doszło do jedynej w Powstaniu sytuacji, kiedy to oszalały ochotnik zastrzelił swojego kolegę.
          Według jednej z relacji De Valera w końcu, uspokojony przez jednego ze swoich zastępców, zasnął. Po chwili jednak zerwał się z przerażeniem i zaczął krzyczeć, żeby podpalić tory kolejowe.  
          Według opowieści samego De Valery, podczas jednego z wypadów na zwiady na pobliską stację kolejową wszedł do wagonu i z wyczerpania zasnął. We śnie wydawało mu się, że już umarł i widzi wokół siebie anioły. Kiedy się obudził, zorientował się, że jest w królewskim, bogato dekorowanym wagonie. 
          Jedynym, dość umiarkowanym sukcesem De Valery jako dowódcy, było umieszczenie przez jego ludzi irlandzkiej flagi na wysokiej wieży niedaleko piekarni. Wieża od razu stała się celem dla brytyjskiej artylerii. Znajdujący się na rzece Liffey, po drugiej stronie wieży brytyjski okręt wojenny Helga odpowiedział ogniem swojej własnej artylerii, ku wielkiej radości De Valery, który cieszył się jak dziecko.  
         28 kwietnia De Valera nakazał oddziałowi opuszczenie piekarni. Kiedy jednak zobaczył płonące miasto, nakazał powrót na placówkę. Szczęśliwie dla oddziału De Valery Brytyjczycy nie zajęli piekarni pod ich nieobecność.
          Kiedy 30 kwietnia do piekarni dotarł rozkaz komendanta Pearse'a o poddaniu się, podwładni De Valery informację tą przyjęli z niedowierzaniem. Ponoć podczas kapitulacji rzucali swoimi karabinami z wściekłością o bruk ulicy. Byli gotowi dalej walczyć. De Valera nie dał swoim podwładnym szansy na ucieczkę, mimo, że nie byli otoczeni ze wszystkich stron. Stwierdził, że tak jak obowiązywał ich rozkaz rozpoczęcia walki, tak samo obowiązuje ich kapitulacja. 
         Ponoć sami Brytyjczycy stwierdzili, że batalion De Valery był jednym z najlepiej wyszkolonych oddziałów powstańczych. To nie dziwi, bo lubił on ćwiczenia ze swoimi żołnierzami. W walce jednak zabrakło mu zapewne odrobiny inicjatywy. Skoro dostał rozkaz obrony piekarni, uznał, że to jest jego główne zadanie i ciągle czekał na brytyjski atak.  
         Oczywiście trudno było oczekiwać od nauczyciela matematyki wybitnych talentów wojskowych. Gorszą rzeczą było to, że De Valera nie protestował, kiedy przypisywano mu zasługi Michaela Malone. Twierdzono, że to jego dokonaniem były straty zadane Brytyjczykom na moście Mount Street. Dla celów propagandowych wykorzystywano też przypadkowy fakt, że jego placówka poddała się jako ostatnia (a wynikało to z jej oddalenia od innych i późnego otrzymania rozkazu kapitulacji). De Valera nie próbował prostować tych manipulacji. Przeciwnie, były dla niego pomocne w drodze do władzy. De Valera przedstawiany jako bohater Powstania Wielkanocnego miał przed sobą długą karierę. Choć po kapitulacji sądził, że jego życie dobiega końca.   

 

korek789
O mnie korek789

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura