Nazajutrz po hucznych – dosłownie i w przenośni – obchodach rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 r. słowa te brzmią zapewne jak bluźnierstwo. Wszak największy kiep powinien już wiedzieć, że „zaczęło się w Polsce”. Jako urodzony sceptyk nie mam jednak pewności, czy było tak w istocie. Jasne, w sensie czysto chronologicznym rzeczywiście byliśmy pierwsi. Motto wczorajszych uroczystości ma jednak nieco inny sens – chodzi w nim nie tyle o zaakcentowanie czasowego pierwszeństwa Polaków na drodze demontażu komunizmu, co raczej o podkreślenie, że Polacy odegrali w tym procesie jakąś szczególną rolę, pokazując innym narodom, jak mają się wybić na wolność.
W takim podejściu pobrzmiewa dla mnie echo wystąpienia Lecha Wałęsy na kijowskim Majdanie w czasie Pomarańczowej Rewolucji. Cały ówczesny werbalny i niewerbalny przekaz naszego byłego prezydenta sprowadzał się do komunikatu: „No, fajną zrobiliście tę swoją rewolucję, ale gdzie jej tam do naszej”. Tego rodzaju paternalizmem podszyte jest moim zdaniem również motto wczorajszych obchodów i z tego względu niezbyt mi się ono podoba. I chodzi mi tutaj nie tyle o niestosowność wywyższania się ponad inne narody, co raczej o to, że owa postawa nie ma uzasadnienia w faktach, i że wynika ona w gruncie rzeczy z naszych głębokich narodowych kompleksów.
Jeśli chodzi o fakty, to właściwie nie ma żadnych mocnych dowodów, że przemiany w Polsce miały znaczący wpływ na upadek komunizmu w innych krajach bloku. Jakiś miały z pewnością, ale przecież zasadniczą rzeczą z punktu widzenia owych przemian była pierjestrojka, bez której nie byłoby ani 4 czerwca, ani jesieni ludów. Wprawdzie wcześniej była pierwsza Solidarność, ale patrząc na nią chłodnym okiem, trzeba powiedzieć, że jakkolwiek narobiła sporo zamieszania w bloku wschodnim, to jednak nie zdołała doprowadzić do żadnych systemowych zmian i w końcu poległa jako wielki ruch społeczny w starciu z juntą Jaruzela. Śmiem twierdzić, że Solidarność nie była wcale grabarzem komunizmu, a jedynie symptomem jego wewnętrznego rozkładu.
Przed Sierpniem była zresztą Praska Wiosna, było powstanie węgierskie, powstanie berlińskie. Równie dobrze możnaby więc powiedzieć: „zaczęło się w Berlinie, Budapeszcie, Pradze...”
Wszystko to nie ma nic wspólnego z bagatelizowaniem naszych realnych osiągnięć. Cieszmy się z naszych sukcesów i opowiadajmy o nich światu. Trzeba jednak bardzo uważać, żeby nie popadać przy okazji w narodową gigantomanię. Pielęgnowanie fałszywych wyobrażeń na swój temat, czy to w wymiarze jednostkowym, czy kolektywnym, jest niezwykle szkodliwe dla własnej psyche i zawsze prędzej czy później kończy się frustracją. Jako naród przeżywaliśmy coś takiego nieraz, i nie ma potrzeby, byśmy fundowali to sobie po raz kolejny. Czas już chyba najwyższy, by pozbyć się odwiecznego kompleksu bycia niedocenianym przez świat i skupić się na sobie, a wtedy będziemy może nawet w stanie zaakceptować fakt, że upadek muru berlińskiego naprawdę lepiej nadaje się na symbol końca komunizmu w Europie niż brama stoczni gdańskiej.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)