KonradDan KonradDan
56
BLOG

"Srogi Ojciec" Robert Rutkowski

KonradDan KonradDan Społeczeństwo Obserwuj notkę 0
Akurat nudzę się z deczka, tak mi się ułożył dzień, że mam chwilę z którą nie wiem co mam zrobić. To sobie skrobnę wpis rozliczeniowy, skreślając dzięki temu jedno nazwisko z mojej mentalnej "czarnej listy".

1. Przydługi i nudny wstęp

Żeby nie było - ja tam p. Roberta Rutkowskiego nawet lubię. Gawędziarz z niego niezły, anegdoty miewa całkiem ciekawe, a jego naturalny (bezpretensjonalny wręcz xD) elitaryzm odbieram jako nadzwyczaj zabawny. Co najważniejsze - prezentowana przez niego medialna persona Surowego Ojca mogła naprawdę pomóc wielu ludziom w walce z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków - a to już konkretne i godne szacunku osiągnięcie.

Niemniej, ze wstydem to przyznaję, ja jestem mściwy z natury. 

A Robert Rutkowski kosztował mnie dobrych parę godzin mojego życia. I w końcu mi za to zapłaci!

Kilka lat temu dokładnie 2go stycznia, bliska mi osoba podesłała linę z wywiadem RR u niejakiego żurnalisty. 

Na moje nieszczęście akurat wtedy nie miałem kaca, a nawet, o zgrozo, nie piłem alkoholu. I dlatego zamiast łykać jak pelikan kolejne "prawdy naukowe" słuchałem typa czując coraz to silniejszą, prawie kompulsywną, potrzebę żeby się napić...

No co jak co ale na trzeźwo to kompletnych bredni słucha się ciężko.

Na szczęście ja mam bardzo silną psychikę.

Wytrzymałem.

Do końca wywiadu pozostałem przy herbacie.

A potem przeczytałem po kolei te 4 badania naukowe na które powoływał się RR i wypunktowałem konkretne nadinterpretacje, przeinaczenia i jawne brednie sadzone przez Rutkowskiego pod osłoną (na kolana prostaki nieuczone!) "metaanalizy opublikowanej w The Lancet". Co, jak wspomniałem wcześniej, kosztowało mnie dobrych parę godzin czasu. 

Co gorsza uświadomiło mi to ponad wszelką wątpliwość, że sporo osób powołujących się na różne badania naukowe, nie czytało tych badań bądź nie przeczytało ich ze zrozumieniem. Ewidentnie badań na które się powoływał nie przeczytał ze zrozumieniem RR...

Jako że uznałem RR za celebrytę ogólnie jednak przydatnego społecznie (tak, alkoholizm jest straszną chorobą czy tam strasznym stanem i jak najbardziej trzeba ludzi ostrzegać przed popadnięciem) odpuściłem temat. Notując oczywiście w głowie urazę, za moje stracone godziny.


2. Czytając sobie zaległości u różnych blogerów salonu trafiłem na ten wpis.: 

https://www.salon24.pl/u/kultury-styki/1519490,sierpien-miesiacem-od-1984-roku

I od razu przypomniała mi się stara zaległość.

To teraz ją rozliczę. Z pomocą Claude'a

[Dalszy tekst pisany przez SI Claude]

Kim jest Robert Rutkowski?

Sprzeczności wewnętrzne (RR kontra RR):

Chwali wina bezalkoholowe jako "przyszłość" redukującą presję społeczną, a piwo bezalkoholowe piętnuje jako "zanętę karteli alkoholowych" — bez uzasadnienia, czemu ten sam mechanizm (napój imitujący alkohol) ocenia inaczej w zależności od kategorii.

[Od siebie dorzucę, że pijalne wina bezalkoholowe kosztują minimum 90 dych za butelkę, tańsze są po prostu obrzydliwe w smaku. Niby drobiazg ale to jest właśnie konkretny przykład "bezpretensjonalnego elitaryzmu" Robercika. On naprawdę tego nie zauważył, bo pewnie nigdy nie pił wina bezalkoholowego za jedyne 39,99 xD Równocześnie piwa bezalkoholowe za 4,99 mogą być naprawdę smaczne. Różnica wynika z całkowicie odmiennej technologii dealkoholizacji win]

Głosi zero-jedynkowy determinizm wobec alkoholu i marihuany ("każde picie to w istocie alkoholizm"), a wobec uzależnienia od telefonu prezentuje postawę łagodną i zniuansowaną, twierdząc wręcz, że sam termin "uzależnienie od telefonu" jest szkodliwy.


Cały autorytet buduje na formule "przeżyłem to, więc wiem" (heroina), ale sam przyznaje: "osobiście nigdy nie miałem problemu z alkoholem" — czyli obszar, na którym dziś najbardziej się koncentruje, nie ma pokrycia w jego deklarowanym źródle wiedzy eksperckiej.


Deklaruje chłodne, naukowe podejście ("kłaniam się nauce"), jednocześnie mówiąc językiem wojny i religii ("kartele alkoholowe", "trupy", "będzie się smażył w piekle") — rejestr niepasujący do obiektywnego eksperta.

Sprzeczności z rzeczywistością / nauką:

Nazywa lupulinę "alkaloidem" — błąd chemiczny; lupulina (humulon, lupulon) to acylofloroglucynole, nie alkaloidy.


Twierdzi, że "jedno piwo wywołuje mutację genetyczną", opierając się na realnym badaniu (Nature 2018, zespół Patela), ale pomija, że dotyczyło myszy przy dawkach podawanych przez ok. 10 dni i że samo badanie podkreśla mechanizmy naprawcze (enzymy ALDH, naprawa DNA), neutralizujące to ryzyko u większości ludzi.


Twierdzi, że "6 tygodni uszkodzenia mózgu" dotyczy każdego pijącego (np. "polityków pijących dwa razy w tygodniu"), choć cytowane badanie prowadzono wyłącznie na pacjentach klinicznie uzależnionych, w trakcie szpitalnego detoksu.


Porównuje świadome picie alkoholu przez dorosłego do samookaleczania się nastolatka — analogia niespójna z kliniczną definicją i mechanizmem samouszkodzeń.


Publicznie tytułuje się "psychoterapeutą" ogólnie, mając formalnie węższy certyfikat specjalisty terapii uzależnień (pedagogika resocjalizacyjna, bez ukończonej 4-letniej szkoły psychoterapii i egzaminu państwowego wymaganego dla pełnego tytułu).  

[Koniec części pisanej przez SI]


3. Ogólnie nie chce mi się wchodzić w zagadnienia typów nowotworów, parametrów metaanaliz i innych takich tam.

Dlatego pozwolę sobie na inną konkluzję. 

Jak jesteś alkochlorem któremu pomaga archetyp Srogiego Starego to jak najbardziej słuchaj Roberta Rutkowskeigo i trzymaj się z dala od alkoholu, nawet piwa bezalkoholowego. 

Jeśli jednak jesteś abstynentem purytaninem uważającym alkohol za czyste ZUO, którego należy zakazać, to zrozum jedno i tylko jedno:

Skutecznym sposobem na masowe obniżenie picia w sposób ryzykowny nie są wysrywy różnych medialnych guru ani próby wprowadzania prohibicji  a natychmiastowy zakaz sprzedaży alkoholu w "setkach" (a szerzej w butelkach i opakowania o pojemności mniejszej niż pół litra). To zmusiłoby kilkaset tysięcy Polaków kupujących rano "setkę" do natychmiastowej konfrontacji z samym sobą. A taki wybór sam w sobie otrzeźwiłby naprawdę wielu z nich. Wielu innych nie kupiłoby pół litra ze strachu, że informacja o takim porannym zakupie się rozniesie wśród rodziny, sąsiadów, znajomych. Kolejni baliby się reakcji pracodawcy. Wielu nie miałoby gdzie tej półlitrówki trzymać. 

Nie ma też żadnych sensownych powodów aby sprzedaż w opakowaniach 100 ml podtrzymać. Nie ma pozytywnych społecznie, środowiskowo, ekonomicznie czy choćby kulturowo powodów do sprzedaży alkoholu w małych butelkach. 

Może skupmy się na tym co ważne, zamiast rozważać szkodliwość groźnego alkaloidu lupuliny... 


 

KonradDan
O mnie KonradDan

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo