Słynna kozaz Rzepy już chyba najlepsze dni kariery ma za sobą, można więc pokusić się o probę wyciągnięcia jakichś ogólnych refleksji. A sprawa nie jest błaha. Pytanie "z czego wolno a z czego nie wolno się ludziom śmiać?" urasta bowiem obecnie do jednego z podstawowych zagadnień szeroko rozumianej "polityki". Casus karykatur Mahometa powinien to uświadomić z pełną ostrością.
Koza z Rzepy, to taka nasza mini afera karykaturowa. Rolę zostały oczywiście dobrze ustalone - oburzeni geje i Wyborcza kontra zadowoleni z siebie konserwatyści, którzy mogą wejść w rolę bojowników o wolność słowa. A jak w jakimś społeczeństwie konserwatyści są ostatnią grupą, której na wolności słowa zależy, to chyba nie jest dobrze.
Jednak obraz "policja politycznej poprawności" versus "broniący prawa do debat konserwatyści" nie jest do końca przekonujący. Zdarzają się bowiem i takie kwatki, jak niniejszy komentarz Piotra Zaremby, w którym sekuje on Magdalenę Środę za wyśmiewanie się z Gowina i jego "miłości do zamrożonych w azocie embrionów". Myślę, że większość salonowiczów, mimo nienawiści do "der dziennika" podpisało by się pod tym komentarzem wszystkimi kończynami.
I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Zdaje się bowiem, że zaczynamy żyć w społeczeństwie, w którym co rusz to nowe grupy domagają się "wolności od bycia wyśmiewanymi". Katolicy i geje są pod tym względem identyczni. Obie grupy wybierają sobie jakiś element swojej tożsamości, który ma ich denifiować i przyznają sobie prawo do jak najbardziej publicznego demonstrowania go, zaś reszcie społeczeństwa zabierają prawo do krytyki.
Oczywiście dla naszego prawicowego plaktonu takie porównanie jest niedopuszczalne - ale nie ma na to żadnego argumentu poza tym, że katolicyzm jest dobry a gejostwo złe. Tyle że np. p. Biedron podpisałby się pod tezą przeciwną; a rzecz wydaje się domagać rozstrzygnięcia na zupełnie innym poziomie.
Pytanie bowiem brzmi: jak mamy sobie radzić z rosnącym rozpadem społeczeństwa na coraz bardziej przeciwstawne światopoglądowo grupki. Jedną odpowiedzią jest "tolerancjonizm" - każdemu wolno myśleć co chce, a innemu nie wolno tego krytykować/wyśmiewać. Drugą odpowiedzią byłby "interakcjonizm" - spierajmy się, bez krwi, ale do śmiechu ostatniego. Wykpiwajmy, wyszydzajmy, obrażajmy się nawzajem! Tylko wtedy bowiem jest szansa na to, że będziemy mieli jeszcze sobie cokolwiek do powiedzenia. Tylko że jeśli godzimy się na to drugie, to bądźmy konsekwentni: ja jako ateista muszę się zgodzić, że ceną za możliwość krytyki religii jest to, że inni będą mój ateizm w błocie nurzać.
Bo alternatywą jest tak naprawdę rozkład społeczeństwa - jedni będa siedzieć na salonie, inni na gazecie, a tak naprawdę nic nas nie będzie łączyć. Tolerancja zdaje się prowadzić do "śmierci cieplnej społeczeństwa".


Komentarze
Pokaż komentarze (8)