Trudno jest pisać o wolności w czasach, gdy słowo to jest tak odmieniane przez wszystkie przypadki. Słowo to stało się czymś w rodzaju hasła, symbolu tego co dobre lub złe. Można zaryzykować nawet tezę, iż to właśnie stosunek do hasła "wolność" wyznacza dziś granicę w tej dziwnej wojnie kulturowej między "neokonserwatystami" a "nową lewicą".
Tych pierwszych bowiem zdaje się określać, bardziej niż cokolwiek innego, lęk przed "nadmierną wolnością". Widać to wyraźnie w poście Toyaha, gdzie pisze On o "systematycznym przesuwaniu granic owej swobody, do punktu, gdzie już jest tylko pustka i strach". W wizji konserwatywnej cywilizacja współczesna jest jakby skażona nadmiarem wolności, w której gubi się człowiek - pozbawiony żelaznych ograniczeń tradycji ma on ulegać moralnej zatracie.
Wizja ta nie przekonuje mnie dlatego, że widzi się tu człowieka trochę jak złego psa, którego trzymać trzeba na łańcuchu moresu, a jeśli łańcuch ten się zerwie, to zacznie ów pies gryźć. Pisał Borges "konserwatyzm jest formą sceptycyzmu" - trafniej byłoby chyba powiedzieć jednak, że jest formą pesymizmu. Być może życie do tej pory oszczędziło mi na tyle trudnych wydarzeń, że wizja ta mnie nie przekonuje.
Z drugiej strony mamy "nową lewicę" kulturową, która bezkrytycznie wychwala wolność, propaguje konstruktywizm w każdej dziedzinie, ze szczególnym uwzględnieniem sfery osobistej. Kult "trasngresji", niechęć do jakichkolwiek ograniczeń, brak zrozumienia dla pojęcia "zobowiązania" stają się znakami firmowymi formacji, która co zabawne, odwołuje się do filozofów, którzy myśleli w kategoriach wspólnoty raczej niż jednostki.
Tutaj z kolei razi brak zwrócenia uwagi na fakt, że wolność, nawet jeśli jest wartością, to jest wartościa czysto negatywną. Robienie różnych rzeczy "dlatego, że można" wydaje się dość idiotyczne. Z tego że jestem wolny jeszcze nic nie wynika - nadal nie wiem co robić a czego nie.
Sądzę, tak po kantowsku i naiwnie, że być może lepszym pojęciem od "wolności" jest pojęcie autonomii. Wbrew prawicowcom sądzę bowiem, że tylko czyn dokonany z własnej woli ma jakikolwiek sens moralny. Społeczeństwo ludzi doskonale dobrych i sprawiedliwych, jednak czyny swe motywujących jedynie lękiem przed tradycją, Bogiem lub karą pośmiertną zdaje mi sie koszmarem, dystopią równie przerażającą co "Nowy wspaniały świat".
Z drugiej strony, pojęcie autonomii zwraca, wbrew współczesnej lewicy, uwagę na pojęcie odpowiedzialności. Aby wybór miał sens musi być wolny; ale po to się go dokonuje, żeby, jakkolwiek naiwnie to nie zabrzmiało, wybrać w pewnym sensie dobrze.
ps. w żadnym konkursie nie biorę udziału, taki już jestem niekonkursowy :).


Komentarze
Pokaż komentarze (5)