Jeśli zwornikiem dyskusji o IPN stał się Lech Wałęsa, to chyba czas, adas, zainstalować sobie na tym blogu uroczo staroświecki plakacik propagandowy z czysto bolszewickim hasłem: Ręce (Ręczę?) precz...
Taka myśl mi towarzyszy przynajmniej od wczoraj. Bardzo niedobrze się stało, że Wałęsa znowu jest symbolem. Tym razem "wojny o IPN" czy górnolotnie rzecz ujmując "Historię". Nikt nie nazwie Lecha osobą prywatną*, ale to jednak jednostkowy przypadek I nie można, zwyczajnie nie można, przez jego pryzmat oceniać całej instytucji i wszystkich jej działań. A to we wczorajszej wypowiedzi (podwójnie niefortunnej, bo zwyczajnie kłamliwej) uczynił Tusk. Premier sprowadza cały spór o kształt i zadania IPN do pojedynku (znaczy się, hmm, mordobicia) dwóch światów. Niestety czysto politycznych. I tym samym swą błyskotliwą myślą wyświadcza niedźwiedzią przysługę wszystkim, którym Instytut się mniej lub bardziej nie podoba.
Bo kłopot z IPN naprawdę istnieje. Taki, że to kolejne quasi niezależne, niby nie polityczne ciało, ze zbyt wielkim zakresem funkcji/zadań/celów. Nie wiem czy celowo rozmytych, czy - jak często u nas - po prostu tak wyszło. Bo ani to archiwum, ani instytut badawczy, ani muzeum, ani prokuratura, ani sąd**. Dodajmy do tego niejasny system dystrybucji (nazwijmy to tak) zdobytej wiedzy, sporą kasę (jak na instytut naukowy), ciągłe zainteresowanie mediów i otrzymujemy mieszankę wybuchową. Za którą nie wiadomo kto jest w końcu odpowiedzialny. Media (bo informują...), politycy (bo utworzyli...) czy historycy (tylko pracują...). W sumie to nie tylko polska specyfika***.
Tylko co z tego? Tusk**** właśnie ostatecznie usankcjonował polityczną linię sporu. Oficjalnie przyjął wykładnię, że stosunek do IPN (w domyśle: historii) jest jednym z najważniejszych kluczy przy dokonywaniu światopoglądowych - i nie tylko - wyborów. Dotychczas politycy Platformy umiejętnie lawirowali ("za, a nawet przeciw") w tym temacie, teraz koniec z wojną podjazdową. PO-PiS ma nowe okopy do wykopania.
* nikt ani nic tak nie kompromituje Wałęsy, jak on sam. I to czy był Bolkiem, czy nie, nie jest tu decydujące. A awanturniczy charakter i szczeniackie pomysły głównego zainteresowanego.
** z tego co pamiętam w projekcie "lustracji tysięcy ludzi" był pomysł, że to pracownicy IPN ostatecznie ustalają stopień współpracy ludzi na listach, a potem możesz dochodzić swych praw.... Nawet jeśli w dokumentach SB stało inaczej. Po zeszłotygodniowym zamieszaniu (pojęciowym?) wokół księdza Jankowskiego zapis ten nabiera dodatkowego smaku...
*** w tym miejscu z reguły pada argument: Niemcy sobie z tym już dawno temu poradzili. Zapomina się, że RFN dysponował gigantycznymi pieniędzmi, i co ważniejsze: własnym systemem władzy. Nie chce się wiedzieć jeszcze jednego - niemiecka lustracja działa tak dobrze głównie na wschodzie kraju. Wszelkie próby zlustrowania Zachodu napotykają na mniejsze lub większe przeszkody. Gauck o tym wspominał w wywiadach udzielanych ze trzy lata temu wszystkim chętnym polskim mediom.
**** ma to coś wspólnego z wyborami prezydenckimi?
27
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze