Premier Donald Tusk dziś nie wyśpi się dobrze. Już o 11:23 budzi go pilny telefon. Dzwoni zaufany współpracownik, nazywany prawą ręką Tuska, a czasem jego głową. Ma do przekazania pilne wiadomości, opatrzone klauzulą najwyższej poufności. O stanie państwa? Spekulantach dolarowych? Buncie nadwiślańskich jednostek wojskowych? Książce o Wałęsie? Nie, z pewnością nie, po minie Premiera poznajemy, że sprawa jest ważniejsza. Znacznie ważniejsza.
Premier mruczy do słuchawki, że zaraz będzie. Przeciąga się, wkłada bambosze i idzie do łazienki. Tam za nim wchodzić nie musimy. W samo południe wychodzi zwarty, odświeżony, gotowy do działania, wzywa kierowcę i jedzie na spotkanie.
Na sali już czekają najtęższe umysły w partii. Z korytarza słychać gwar dyskusji, nad wszystkimi dominuje donośny baryton szefa... urywa natychmiast po wejściu Premiera. Zasiada on w swym ulubionym fotelu i pytająco, acz dystyngowanie, spogląda na człowieka, który świtem zerwał go z łózka. Ten wstaje się z krzesła, odchrząkuje i zaczyna mówić:
-Poznań! Mamy Poznań do przejęcia. Taka okazja trafia się raz w życiu. Cała struktura partyjna, znany i lubiony europoseł. Musimy go mieć na listach za miesiąc, wygra na Podkarpaciu. Jego doświadczenie nie może się zmarnować, dzwoniliśmy do asystenta, ale chce rozmawiać tylko z Panem, Panie Premierze...
W tym momencie wychodzimy. Rozumiemy, że omawiane są tematy najwyższej wagi, absolutnie nie dla naszych uszu.
wzmacniam lewą nogę tylko czego? -- Trzeba patrzeć PO na ręce. Uff, jak dobrze... żeby jeszcze było na co... (już jest! ale nie w sensie pozytywnym, oj nie) -- Aha, blogi polecane, to te do których (aktualnie) chcę mieć szybki dostęp. Często kompletnie obce mi ideowo i nie tylko. Proszę ich nie łączyć z moją pisaniną! Autorzy mi się poobrażają.
Komentarze
Pokaż komentarze