Janusz Krasiński, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, perfekcyjnie przemilczany przez salonowe media, obchodzi dziś, 5 lipca swoje 82. Urodziny.
Z okazji urodzin Pisarza publikuję poniżej moją recenzję Jego najnowszej książki pt. "Bracia syjamscy z San Diego". Tekst ten, z pewnymi skrótami, wydrukowała 23 czerwca br. "Gazeta Polska".
Janusz Krasiński, wybitny dramatopisarz oraz autor fundamentalnego dzieła, jakim jest powieściowy czteroksiąg: „Na stracenie”, „Twarzą do ściany”, „Niemoc” i „Przed agonią”, wydał kilka miesięcy temu nową, zupełnie inną od poprzednich książkę pt. „Bracia syjamscy z San Diego” (Arcana 2009). Przypomnijmy: wspomniany wyżej cykl czterech powieści (bardzo mało niestety znanych, lecz należących niewątpliwie do najważniejszych dzieł literatury polskiej ostatnich 20 lat) to opowieść o wojennych i powojennych losach Szymona Bolesty, alter ego pisarza, który zawarł w tych tomach swoją osobistą historię wprzęgniętą w dramatyczne dzieje Polski.
Krasiński po Powstaniu Warszawskim trafia do Auschwitz. Tam w komorze gazowej ginie jego matka. Obóz koncentracyjny w Dachau, skąd wyzwalają go wojska amerykańskie, jest ostatnim przystankiem jego lagrowej gehenny. W 1947 r. po powrocie do kraju zostaje aresztowany pod absurdalnym, sfingowanym przez UB zarzutem szpiegostwa na rzecz „wrogiego imperium”. Skazany na 15 lat, wychodzi na tzw. „wolność” dopiero dzięki amnestii w 1956 r. – po 9 latach spędzonych w ubeckich kazamatach.
Dwa pierwsze tomy „Na stracenie” i „Twarzą do ściany” opowiadają o jego doświadczeniach ze stalinowskich więzień: na Mokotowie, w Rawiczu i we Wronkach, a także o tragicznych losach współwięźniów, takich jak choćby rotmistrz Witold Pilecki, Kazimierz Pużak – jeden z przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, czy wybitny szekspirolog ze Lwowa, profesor Władysław Tarnawski i wielu, wielu innych. „Niemoc” jest o czasach rozliczeń z epoką Gomułki. Zaś akcja „Przed agonią” zaczyna się w marcu 1968, a kończy opisem męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki w 1984.
Natomiast najnowsza książka Krasińskiego to dziennik z podróży do Stanów. Nie ulega wątpliwości, że podmiotem literackim prowadzonego dziennika jest sam Janusz Krasiński, który na początku 2005 r. wybiera się po raz pierwszy w życiu za ocean na zaproszenie swego dawnego przyjaciela z warszawskiego Mariensztatu, gdzie obydwaj wzrastali i jako młodzi chłopcy przeżywali straszne lata wojny. Przyjaciel Czesław wyemigrował z Polski, osiedlił się w słonecznej Kalifornii, w San Diego i po 62 latach odnalazł kolegę z dzieciństwa przez internet.
„Bracia syjamscy z San Diego” jest to więc opowiadana dzień po dniu historia spotkania dwóch starszych panów, którzy właściwie nic o sobie nie wiedzą, pamiętają się bowiem wyłącznie z czasów, gdy mieli po kilkanaście lat. To także opis ze spotkania z nieznanym kalifornijskim lądem, z jego egzotyczną, bujną przyrodą. To wreszcie niezwykle interesująca relacja ze spotkań z różnymi ludźmi: z dziennikarzami amerykańskich lokalnych gazet, czy też z przedstawicielami tamtejszej Polonii.
I dlatego książka pełna jest żywych, niepozbawionych humoru dialogów. Krasiński potrafi też znakomicie wydobyć z codziennych zdarzeń sytuacyjny dramatyzm. Otaczający świat oddaje w sposób niezwykle malarski, niejednokrotnie przedstawiając rozmaite sceny, niczym obrazy zastygłe w ramach. Na przykład: „Ognisty balon słońca osiadł na spokojnej roziskrzonej łusce wód i leniwie tonie za horyzontem. Woda staje się ciemnozielona, rozwleczone po nieboskłonie chmury przybierają barwy jakby maźnięte pędzlem, to purpurą, to granatem…”. Albo zupełnie inna scena – żona Czesława, Zonia, która – jak dowiaduje się podczas swego pobytu gość z Polski – zmaga się ze śmiertelną chorobą, „pod uniesioną klapą garażu wyglądała jak Matka Boska pod daszkiem przydrożnej kapliczki”.
Wielowątkowość książki i jej bogactwo stylistyczne sprawia, że tekst jest wartki i wciąga od samego początku. Ale to nie wszystko. I nie to jest w tej książce najważniejsze. Od pierwszych stron wiadomo, że lektura „Braci syjamskich” to okazja wysłuchania kogoś, kto przeżył piekło, kto ma coś bardzo ważnego do powiedzenia, kto chce być wysłuchany. Tylko… słuchaczy brak. Zdają się głusi albo niezdolni do przyjęcia prawdy.
W tym rozdźwięku dostrzegam zasadniczy dramatyzm książki. Bo książka Krasińskiego jest dramatyczna. Została napisana przez świadka historii, która jest politycznie niepoprawna. Która nadal jest cenzurowana. Fałszowana. Przemilczana. A przez to często po prostu niezrozumiała. To napięcie wynikające z braku należytego otwarcia się świata zewnętrznego na bagaż doświadczeń narratora „Braci syjamskich”, a także na jego humanistyczne przesłanie, uwidacznia się nieustannie, na różnych poziomach i w licznych kontaktach z napotkanymi ludźmi, przyjaciela Czesława nie wyłączając.
Krasiński, były więzień Oświęcimia, tylko dlatego, że jest także byłym więźniem stalinowskim, czuje się „pisarzem niechcianym”, gdyż „pisanie prawdy o komunizmie ma czarną krechę nie tylko w Polsce.” Bo jak się okazuje, ku rozgoryczeniu autora, nawet w Stanach Zjednoczonych Ameryki, „kraju nieograniczonych możliwości, (…) gdzie liczy się wyłącznie jakość dokonania”, gdzie nie ma postsowieckich cenzorów i „nikt nie będzie ograniczał wysokości nakładu”, panuje dyktatura politycznej poprawności lub też zwycięża zwykła ignorancja, efekt wałkowanych przez lata w mediach stereotypów i klisz.
Jako tzw. „dziecko Auschwitz” Krasiński wzbudza oczywiście wśród amerykańskich dziennikarzy niemałą sensację. Jednak fakt, że jego matka w 1944 r. zaraz po przybyciu transportem na obozową rampę została wraz z Żydówkami pognana wprost do gazu, zostaje z jakichś powodów usunięty z wywiadu opublikowanego w lokalnej prasie. Dlaczego? Narrator nie śmiał o to zapytać sympatycznej skądinąd dziennikarki. Korekty dokonano z pewnością w redakcji. Inny amerykański dziennikarz, niekryjący swych lewicowych sympatii, był wyraźnie rozdrażniony powojennymi losami polskiego pisarza. Nie był też w stanie zrozumieć, że to sowiecka prowokacja uczyniła z Krasińskiego amerykańskiego szpiega i skazała go na dziewięć lat więzienia bez żadnej winy. Mimo entuzjastycznie wyrażanej woli przyjazdu do Polski, żegnał się z pisarzem „raczej chłodno”. Jeszcze inny dziennikarz z San Diego, wyraźnie poruszony usłyszaną historią, przyznaje zakłopotany, że w swej gazecie na artykuł na ten temat ma „tylko sześćset słów”.
Dlatego narrator dziennika, łudząc się wcześniej nadzieją, że w Stanach uda mu się wreszcie wyrwać z „zaklętego kręgu przemilczeń”, wykrzyczenia swego „od lat dławionego protestu przeciw nie do końca dobitemu systemowi zbrodni”, doznaje zawodu. Bo i Polonia przyjmuje go z umiarkowaną życzliwością i nie udaje się znaleźć wśród jej członków sponsora, który skłonny byłby sfinansować tłumaczenie książek Krasińskiego na angielski.
Ten dystans w stosunku do pisarza zdaje się wynikać przede wszystkim z powszechnej niewiedzy, z niezrozumienia. No bo jakże zrozumieć los, nie jednego zresztą Krasińskiego, lecz tysięcy mu podobnych, skoro tak mało wiadomo o czasach powojennej pogardy? „Niby to niepodległy kraj, – pisze o Polsce autor – a prawda o ponurej przeszłości reglamentowana.” Nad książkami Krasińskiego czuwa stara cenzura, „choć już pozbawiona urzędu, zaledwie pokątna, to dostatecznie skuteczna. Umiała posłużyć się związanymi ze starym systemem publicystami, krytykami, zacieraczami śladów zbrodni, którzy wmawiali, zwłaszcza młodym czytelnikom, że wszystko, co dotyczy komunistycznej przeszłości, już nic ich nie obchodzi.”
Brak empatii widać także wyraźnie w postawie Cześka, który – choć niewątpliwie wyciągnął pomocną dłoń w stronę dawnego przyjaciela zza oceanu, zapraszając go do siebie – w życiu dokonywał innych wyborów, inaczej patrzył na świat, inną wyznawał hierarchię wartości. Sam Krasiński w Posłowiuzaznacza, że główni bohaterowie tej książki to „dwóch Don Kichotów walczących z różnymi wiatrakami. Jeden z wiatrakiem kultury materialnej, drugi z wiatrakiem kultury duchowej.” I dodaje z wyraźną autoironią: „Obaj muszą zostać strąceni ze swych koni i obaj wzbudzić śmiech po obu stronach oceanu.”
Istotnie lektura wywoła nieraz uśmiech na twarzy czytelnika. Komiczne są często liczne spięcia, do których dochodzi między bohaterami. Czesiek jest zgorzkniałym ponurakiem, skrupulatnym liczygroszem i upartym despotą, który skutecznie ogranicza swemu przyjacielowi z Polski kontakty z innymi. Swoje opinie wygłasza tonem nieznoszącym sprzeciwu i ma wielce irytujący zwyczaj kończenia wypowiedzi rusycyzmem „poniatno?”.
Spotkanie obu, blisko osiemdziesięcioletnich panów to zderzenie dwóch różnych osobowości, dwóch różnych życiorysów i dwóch różnych wizji tego, o co warto w życiu walczyć. „Bo byliśmy jak bracia syjamscy zrośnięci z sobą sześciedziesięciodwuletnią historią, od której zależało nasze zaistnienie na szpaltach gazet. Bez tego byliśmy nikim, zarówno on, niespełniony budowniczy polskiego ośrodka kultury w kanionie Heleny Modrzejewskiej, jak i ja, nieznany pisarz polski ze swoim nieznanym tu nikomu życiorysem, hitlerowski i stalinowski więzień, były amerykański szpieg”.
Różnice między dwoma dawnymi kumplami ujawniają się bez przerwy. Do ostrej wymiany zdań dochodzi na przykład, kiedy Czesiek próbuje kwestionować prawdę o holocauście i sugeruje, aby przemilczać zbrodnie popełniane przez nazistów na Żydach, a koncentrować się wyłącznie na cierpieniach Polaków. Pisarz kategorycznie sprzeciwia się takiemu zakłamaniu: „Tam zginęła moja matka i prawda o komorach i piecach była dla mnie świętością!”
Krasiński uważa, że „zbrodnia pozostaje zbrodnią i jej nikczemności nie rozmydli żaden relatywizm”. I podczas kłótni z Czesławem, orędownikiem stawiania materialnych pomników kultury, krzyczy: „Moja epopeja zbyt prawdziwa i dlatego przetrwa!”
Prawdę jednak zbyt często, zbyt szczelnie przykrywa, niczym nagrobna płyta, groźny dla nowych pokoleń „kult niepamięci”. Sukces tego kultu tłumaczy między innymi to, że niepamięć jest wygodna. Dla lansowanego współcześnie i dość powszechnie akceptowanego modelu życia, w którym ludzie nie myślą o przyszłych pokoleniach, lecz o sobie, o własnej przyszłości, przeszłość może stać się jedynie zbędnym balastem.
Niepamięć kultywują oczywiście przede wszystkim ci, którzy uciekają od odpowiedzialności za popełnione zło. Dlatego sprzyja jej nie tylko wszelkie zamazywanie winy, ale jej rozmywanie. Nie chodzi bowiem już tylko o to, by uciec przed trybunałem prawa i w ten sposób uniknąć ziemskiej kary. Chodzi o coś znacznie bardziej radykalnego: o totalne zagłuszenie sumienia, o jego unicestwienie! Po „pełnym zwycięstwie rewolucji kulturowej ogarniającej Amerykę i cały Zachód” w miejsce sumienia pojawi się próżnia – przewiduje Krasiński. Nie będzie ani skruchy, ani żalu, ani pokuty. „Zbrodnia stanie się wyłącznie czymś wyrachowanym, opłacalnym lub też nie. (…) Zbrodniarzowi nie zagrozi ani ogień piekielny, ani piekło własnego sumienia, zaś nasz moralny rachunek czynów nie będzie się różnił niczym od operacji w narożnym bankomacie.”
Jednak bez sumienia i kształtujących jego wrażliwość podstawowych drogowskazów moralnych, bez tablic Mojżesza i nauki Chrystusa – jak ustrzec się barbarzyńskich mordów i przemocy? - pyta autor. A przedostatniego dnia pobytu na amerykańskiej ziemi, podczas spotkania w salce rekolekcyjnej polskiego kościoła parafialnego przestrzega niczym prorok: „Grzebiemy na cudze żądanie nasze najcenniejsze dzieła, wyrzekamy się historii – idzie nowe (…), apokaliptyczne. Dni są już policzone, niczego nie odwrócimy.” Po czym zastanawia się, co kazało mu to powiedzieć. „Może ten krzyż, symbol Zachodu wiszący na ścianie przykościelnej świetlicy, który z czasem zostanie stąd zdjęty, lub wręcz zmieciony?.”
Jest w „Braciach syjamskich” jeszcze jedno „proroctwo”, mające znamiona spełnionej przepowiedni. Podczas pierwszej lektury książki fragment ten zakreśliłam ołówkiem jako głęboki i metafizyczny, ale kiedy przygotowując się do napisania niniejszego tekstu, już po tragedii smoleńskiej, pochyliłam się nad nim po raz drugi, odczytane na nowo słowa poraziły mnie. Mowa jest tu o lotniczych katastrofach, o tym, co po nas zostaje po unicestwieniu naszych ciał przez śmierć fizyczną i… o symbolice wulkanicznych wyziewów.
W przeddzień podróży powrotnej do Polski Krasiński wyznaje, że nie lubi latać. Wie, że co prawda katastrofy lotnicze zdarzają się dużo rzadziej niż inne wypadki, jednak gdy do nich dochodzi „nie ma się szans na ocalenie. I to chyba wystarczający powód, by przed każdym lotem zastanowić się nad sensem bytu. (…) Co po śmierci dzieje się z naszymi odczuciami, wrażeniami, z naszym dobrem i złem? Czy nie to samo, co z wyładowaniami atmosferycznymi? Energia ich nie ginie, pozostaje i na nowo gdzieś się gromadzi. Podobnie dzieje się z tym, co jest w nas złego i dobrego. Ciało przemija, jak burza, jak chmura, jak spalone piorunem drzewo, a to, co w nim było energią, znajduje swoje nowe miejsce. I to jest nasza dusza, nasza nieśmiertelność.” I dalej, mimo niezaprzeczalności istnienia zła na ziemi, Krasiński dostrzega promyk nadziei i wiary w to, że dobra może być więcej, że ono może przeważyć szalę… „Myśląc o naszym świecie, o dziejach człowieka, mimo wulkanów najgorszego zła w różnych częściach globu, można powiedzieć, że dziś człowiek jest lepszy niż był u początków. A więc wulkany byłyby tylko ujściem dla historycznej lawy zła? Ale czy zło osadzi się kiedyś jak tufy w dolinach, na zboczach gór, a dobro popłynie potokami?”
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te słowa w jakiś proroczy sposób przystają do dzisiejszej rzeczywistości, do naszego zbiorowego, narodowego zmagania się od przeszło czterech tygodni z tajemnicą smoleńskiej tragedii, tajemnicą ofiary życia 96 osób, tajemnicą naszej nadziei, że ci, którzy odeszli tak nagle i strasznie, w istocie przeszli tylko w inny stan istnienia, bo przecież dusza ludzka jest nieśmiertelna. A ten niepojęty pył wulkaniczny, który zawisł nad Polską tydzień po tragedii jak żałobny kir? To wyziewy „historycznej lawy zła”?
Może te niezrozumiałe, odbierane jako fatalne wybuchy wulkanów, pogłębiające tylko grozę ostatnich dni, warto odczytać jako znak nadziei, znak, że „zło osadzi się kiedyś (…)na zboczach, a dobro popłynie potokami?”.
Agata Kłopotowska
[Pierwodruk: „Gazeta Polska” 23.06.2010 r.]



Komentarze
Pokaż komentarze (4)