0 obserwujących
283 notki
169k odsłon
253 odsłony

Nie ma dwu kultur, nie ma nawet jednej

Wykop Skomentuj4

Taki powrót po latach, ale bron Boże bez zadęcia. W końcu nie jestem... tu wstawić nick odpowiedniego popularnego blogera (to each one it's own).

Powyższą, tytułową,  kwestię wygłosił, dla przypomnienia, dr Owen Tuby (postać wymyślona) specjalista i twórca (wymyślonej) imagistyki społecznej, jeden z głównych bohaterów dylogii J.B. Priestleya (Londyn i Poza miastem). Ponad pół wieku po napisaniu tych powieści, „imagistyka społeczna” pod inną nazwą stała się faktem. Nie ma w Polsce żadnego podzielonego narodu, jest OBRAZ podzielonego narodu. Ponad dwie trzecie wyborców wyegzekwowało swoje czynne prawo wyborcze, głosując w drugiej turze na jednego z dwu kandydatów.  To jest dokładnie ten sam naród, poddany indoktrynacji czarno-białej.  W gruncie rzeczy, sprawa polega tylko na tym, co kto uważa za czarne (złe, niewłaściwe, błędne) i białe (właściwe, dobre, prawe). Biorąc pod uwagę, że ostatnie (a i przedostatnie też) wybory były takim właśnie wyborem czarne-białe, które jest białym-czarnym, czy może odwrotnie. Wszyscy głosowali na OBRAZY, a nie na rzeczywistych kandydatów i jakieś tam, panie dzieju, programy. Oczywiście, PO-KO jest tutaj frapant przypadkiem, że można grać w tę grę bez programu, jedynie z negacją, ale nie róbmy im z tego zarzutu, bo po prostu pierwsi się zorientowali, że jest im to do niczego nie potrzebne. Obie strony krzyczą „precz z preczem” i znajdują zwolenników. Jedna ze stron myśli sobie, że skoro tym razem się udało, to i uda się następnym razem. Druga myśli, że skoro prawie się udało, to na pewno uda się następnym razem. Zasadniczo, obydwie mogą mieć rację, ale skoro gramy w grę polegającą na mamieniu błyskotkami, to błyskotka pokazywana drugi raz jest zasadniczo mniej fajna. Stąd też taktyka Anty-Pisu, stosowana już wielokrotnie – pokazać błyskotkę (Tymiński, Palikot, Hołownia, Kukiz, Petru), zobaczyć, ile rybek bierze i następnie walić przekazem, że błyskotka i „nasz człowiek” to to samo. Kto jest zaznajomiony z cybernetyką społeczną i Kosseckim to wie (oczywiście, to w dużym uproszczeniu przytoczyłem).
Poza tym, „narody” przecież są trzy – jest jeszcze ten naród, który nie głosuje. Powody pewnie są tu rozmaite, ale na pewno część robi to z niewłaściwych pobudek. Oto niektórzy nie głosują, bo nie ma ich kandydata. Jest to założenie, rzecz jasna z gruntu błędne (kamyczek do ogródka Konfy, ale taki przyjazny). Powinni skreślić obydwu, a wyniki wyborów powinny odzwierciedlać ów negatywny wybór (informacja, ile głosów polegało na skreśleniu obu kandydatów byłaby tu bardzo ważna). Oczywiście, oznaczałoby to poważne traktowanie wyborów i wyborców, a na tym żadnej ze stron sporu nie zależy). Obowiązkowy udział w wyborach, pod – nawet niewielką – groźbą kary pieniężnej (w Australii jest to bodajże 50 AUD) być może jest tu jakimś wyjściem, ale jakoś tak śmierdzi „obowiązkowym zaszczytem” peerelowskim.
W społeczeństwie wychowanym na CNN-owskich migawkach, które im bardziej krwawe i wbijające w fotel i 160-znakowych tweedach, skuteczne przekazanie wizji i misji jest niemalże niemożliwe. Ludzie albo głosują pod wpływem impulsu, albo zgodnie z interesem własnego mecenasa (prawdziwego lub postrzeganego). Grupą, która chyba najmocniej głosuje pod wpływem impulsu są młodsi wyborcy, bo nie przemawia do nich ani budowa welfare state, ani zachęty podatkowe. Po prostu nie łapią i tyle. Stać ich (póki co) na głosowanie zgodne z „impulsem sumienia”. Z drugiej strony społeczeństwo się starzeje, więc tego języczka u wagi będzie coraz mniej, nie tyle jednak mało by nie przeważać, bo ci starsi już mają punkt widzenia, czyli zawężony do pojedynczego punktu horyzont myślenia.
Obydwu stronom nie zależy też na powszechnym uczestnictwie i egzekwowaniu czynnego prawa wyborczego, w poprzednich latach widzieliśmy wręcz dążenie do zawężania grupy wyborczo czynnej do hunwejbinów obu opcji (wybory prezydenckie są wyjątkiem w Polsce). Bo im więcej ludzi bierze udział, tym mniej pewny wynik – zapytajcie się Hillary Clinton.
Oczywiście, wszyscy chcielibyśmy wyborców, społeczeństwa, narodu, który podejmuje wyrozumowane decyzje, rozważa sprawy w swoim sumieniu, głosuje dla przyszłości. Ale jak to osiągnąć skoro po pierwsze politycy nie kandydują dla przyszłości tylko z powodu czteroletniego cyklu, to raz, po dwa wszyscy zauważyli, że łatwiej epatować niż przekonywać?
Jest to w pewnym sensie kwadratura koła, bo po co ludzie mają wybierać trudniejsze rozwiązanie, skoro jest łatwiejsze? Czasy, kiedy Kennedy mówił „we are going to the Moon, not because it is easy, but because it is hard” minęły, jak się wydaje bezpowrotnie. Rozwój ludzkości zatrzymał się na tym, co sprawia przyjemność i jest sprzedawalne. Wystarczy popatrzeć, co dzieje się z pieniądzem. Dóbr materialnych jest (wg niektórych szacunków, nie chce mi się teraz szukać źródła) wartości około 75 bilionów, pieniądza, licząc opcje i inne derywatywy, co najmniej 10 razy tyle. Homo Faber przekształcił się w Homo Banker i dobrze mu z tym. Czy to jest Fukuyamy koniec historii? Nie, bo kiedyś to walnie. Wtedy okaże się również dowodnie, że nie ma dwu kultur, nie ma nawet jednej. Są za to miliardy zrobione w bambuko. Howgh.
PS. Jak zwykle, uprasza się komentatorów o rzeczowe komentarze, o ile treść notki tego wymaga. Skoro ktoś uważa, że jest ona bez sensu, czyż nie lepiej minąć szerokim łukiem?

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo