Nie tak dawno zakończyła się modlitewna akcja „Czterdzieści dni dla życia”. Zakończyła sukcesem, jeden Bóg tylko wie ile istnień ludzkich zdołano uratować dzięki modlitwie i wyrzeczeniom, dzięki dobrym ludziom poświęcającym swój czas i wysiłek by ratować najbardziej niewinne i najbardziej dzisiaj zagrożone istoty – nienarodzone dzieci. Te dzieci, którym odmawia się człowieczeństwa, które traktuje się jak pasożyty, jak zagrożenie dla życia ich matek. Dzieci, którym barbarzyński humanitaryzm każe ginąć i imię ideałów przez siebie głoszonych.
Wielkie oburzenie wywołały wśród „wrażliwych społecznie” ludzi słowa Jarosława Kaczyńskiego o przywróceniu kary śmierci. W Stanach Zjednoczonych każdą egzekucję poprzedzają protesty i mimo że na śmierć skazywani są najgroźniejsi i najbardziej zdeprawowani przestępcy owi „wrażliwi społecznie” krzykacze biją publiczną pianę i powtarzają wciąż te same twierdzenia o niehumanitarności najwyższego wymiaru kary.
Ci sami ludzie, którzy krzyczą o prawie do życia dla morderców nie dostrzegają, że pomiędzy jedną a drugą śmiercią zdeprawowanego mordercy giną tysiące niewinnych. Tych, którym odmawia się praw. Ludzi, których stawia się poza nawiasem i ochroną prawną tylko dlatego, że nie zdążyli się jeszcze urodzić. Te kilka chwil dzielących „embrion” od „niemowlęcia” jest najtrudniejszą do przebycia drogą. Niektórym, tysiącom, nie udaje się to nigdy.
Dlatego twierdzę, że akcji zakończyć nie wolno, że musi ona trwać. Już nie „Czterdzieści dni dla życia” ale „Każdy dzień dla życia”. Obrona życia jest naszym obowiązkiem, nie wolno nam powiedzieć „wykonaliśmy kawał dobrej roboty” dopóki prawo pozwala zabijać, dopóki choć jedno niewinne dziecko jest zagrożone i skazywane na śmierć.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)